2019-03-20

Delta Mekongu - hit czy kit?

 

 

Jak dojechać do delty na własną rękę

Po intensywnych dniach w Ho Chi Minh/Sajgonie skoczyliśmy na parę dni zobaczyć na własne oczy deltę Mekongu - tyle razy widzianą w filmach o wojnie wietnamskiej czy na pocztówkach. Fascynowały nas zwłaszcza ukryte wśród palm kanały pełne mętnej wody rzeki, która zapewnia obfite plony ryżu całym Indochinom.

W Sajgonie można bez problemu wykupić jedno lub parodniową wycieczkę po delcie Mekongu, ale my, jak na cebulaków z plecakiem przystało, nie będziemy płacić komuś za coś, co możemy zrobić sami. Zwłaszcza, że cenimy sobie niezależność, a tego nie uświadczy się na zorganizowanej wycieczce. Dlatego wybraliśmy się do delty Mekongu na własną rękę i okazało się to całkiem proste, więc każdemu polecamy taką opcję!

Z informacji praktycznych: Głównymi miastami delty są Can Tho i My Tho i to tam walą z reguły wszystkie zorganizowane wycieczki. Do obu codziennie kursuje mnóstwo autobusów (ok. 700!), więc dostać się z Sajgonu na południe nie stanowi żadnego problemu. Wystarczy pójść na sajgoński dworzec zachodni Ben xe Mien Tay i tam znaleźć pasujący nam autobus. Przewoźników jest multum - od lokalnych firemek po wielkie korporacje transportowe jak FUTA bus, na którą się zdecydowaliśmy ze względu na dobry standard autobusów przy dobrej cenie. Nie sposób na dworcu ich przeoczyć - mają oczojebne pomarańczowe szyldy i autokary. Za bilet do Can Tho daliśmy 120k dongów/os. W cenie biletu jest też busik, który dowozi z dworca w Can Tho pod wskazany hotel :) 

W drodze do Can Tho pierwszy raz mieliśmy okazję jechać po wietnamsku w tzw. sleeping bus czyli w autobusie z leżankami. Autokar podzielony jest na dwa piętra i na każdym w trzech rzędach są leżanki. O wiele lepiej podróżuje się w pozycji półleżącej! Rozwaleni jak paniska (a przynajmniej Ania, rozmiar leżanek jest raczej wietnamski, więc dla Radka miejsca było nie za wiele, w dodatku bierzcie miejsca na dole, bo wyższe wiszą niemal pod sufitem i jeżeli ktoś ma więcej niż 170 cm wzrostu, to może się niemiło zaskoczyć.)

Na dworcu przekonaliśmy się, że nie tylko ludzie czekają na autokary… Pasażerami wielu z nich były również skutery! Miały nawet swoją specjalną poczekalnię, gdzie setki skuterów obklejonych byle jak kartonami i strechem czekało na swoją podróż. Myśleliśmy, że pewnie zabiera je stamtąd jakaś ciężarówka kurierska… a gdzie tam! Normalnie są pakowane do luków bagażowych autokarów razem z torbami i koszami podróżnych. Przecież miejsce nie może się zmarnować!

 

Wycieczka łodzią po delcie Mekongu - hit czy kit?

Na podmiejskim dworcu w Can Tho, gdzie czekaliśmy na busik do centrum miasta, od razu zaczepiła nas sympatyczna Wietnamka - Miss Loan, oferując swoją łódź na wycieczkę. Z reguły od razu spławiamy naciągaczy, ale tu pani była nienachalna i od razu rzuciła dobrą cenę - 500k za całodniowy rejs po rzece. Byliśmy mocno zaskoczeni, bo od innych podróżników słyszeliśmy o cenach 2-2,5 miliona dongów, które potwierdzał też Trip Advisor i inne blogi podróżnicze. Przez to, tak niska cena wzbudziła nawet naszą podejrzliwość, ale postanowiliśmy wziąć od pani kontakt gdybyśmy jednak się zdecydowali, tym bardziej, że jako jedyna mówiła trochę po angielsku, a nawet pomogła nam znaleźć nasz futa-minibus pod hotel.
Jak się potem okazało intuicja co do sympatycznej Miss Loan nas nie zawiodła!

Samo Can Tho okazało się całkiem miłym miastem z nadrzeczną promenadą i targiem nocnym na którym spędziliśmy wieczór w towarzystwie piwa Saigon i smakowitych przekąsek. Wykorzystaliśmy też ten spacer aby podpytać na nabrzeżu o ceny wycieczek i szybko przekonaliśmy się, że oferta Miss Loan była naprawdę atrakcyjna. Tym bardziej, że w hotelu za taką samą wycieczkę mielibyśmy zapłacić ok. 25 $! I to wielką łodzią, na której zmieści się ok. 20 osób, podczas gdy nasza dworcowa towarzyszka reklamowała 'private tour' swoją małą łódeczkę tylko dla naszej pary. Zdecydowaliśmy się więc na usługi Miss Loan, negocjując jeszcze kawę i owoce w cenie. 

Wycieczka miała się zacząć z samego rana, więc już o 5:00 (dalej jesteśmy w szoku, że o takiej godzinie udało nam się zwlec odwłoki z łóżka) zgarnięto nas z hotelu i zawieziono nad rzekę (we trójkę na jednym skuterku: kierowca + my =  Azja style!). W porcie poznaliśmy siostrę pani Loan - naszą przewoźniczkę i przewodniczkę w jednym. Jeszcze przed świtem wgramoliliśmy się do drewnianej łódeczki i ruszyliśmy z nurtem rzeki. Przez dobrą godzinę płynęliśmy w ciemnościach na najsłynniejszy targ wodny delty Cai Rang, który zaopatruje lokalne sklepy i restauracje w warzywa i owoce. 

Ku naszemu zaskoczeniu widzieliśmy sporo łódek, które już wracały z targu z towarem, a nie było nawet 5:30 rano! O której musieli wyruszyć, żeby zrobić zakupy i jeszcze nad ranem przywieźć produkty do swoich lokali? Pierwsza faza rejsu była też ekscytująca, bo płynęliśmy w ciemności. Owszem, wielkie turystyczne łodzie (którymi wzgardziliśmy) były podświetlone, ale mnóstwo niedużych łódeczek takich jak nasza, mknęło bez żadnych lampek w ciemnościach, jedynie przy akompaniamencie cichego (lub nie!) pyrkania silnika. Nie ma to jak "safety first" w wykonaniu Wietnamczyków...

Gdy zaczęło lekko się przejaśniać dotarliśmy na targ gdzie na dobry początek dnia napiliśmy się kawy z pływającej kawiarenki! Było to miłe doświadczenie, które dało nam złudną nadzieję, że w końcu trafiliśmy na prawdziwy, tętniący życiem targ (którego nie udało nam się doświadczyć np. w Bangkoku) … Niestety, osławiony targ wodny składał się z kilkunastu sporych łodzi na których były głównie dynie i ananasy, a resztę stanowiły postawione na palach chaty z pamiątkami i knajpkami pod turystów… #klasyk. Przepłynięcie przez niego zajęło jakieś 3 minuty i właściwie, oprócz tradycyjnie pomalowanych łodzi, nic specjalnego nie zobaczyliśmy.
*Zdjęcia robione w półmroku, więc przepraszamy za jakość... :(

Kolejny raz nasze oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością. Spodziewaliśmy gwarnego roju łódek - straganów, czyli wodnego odpowiednika lokalnych lądowych targów jakie można spotkać w każdym mieście, a dostaliśmy pomału niknący relikt dawnej epoki… Dziś przeznaczony już tylko dla hurtowników, a nie dla lokalnej społeczności. 

Nad rzeką już wstawało słońce, a my lekkim ukłuciem rozczarowania popłynęliśmy dalej, ufni, że najlepsze jeszcze przed nami - w końcu czekał nas jeszcze jeden targ! Na osłodę dostaliśmy od naszej przewoźniczki ananasa (co z tego, że obranego i krojonego brudnymi rękami, które przed chwilą nastawiały silnik w łódce) i uplecione z liści palmy korony. Król i Królowa Mekongu!

Kolejnym przystankiem była fabryka makaronu ryżowego gdzie pokazano nam proces jego produkcji. Oczywiście fabryka to szumne słowo… był to zwykły barak z paleniskiem gdzie na rozgrzaną płytę wylewa się masę ryżową, którą po podsmażeniu suszy się na bambusowych matach. Suche płaty następnie przepuszcza się przez ostre walce, które tną je cienkie nitki makaronu. Wszystko oczywiście na świeżym powietrzu, bez rękawiczek, bez sanepidu i BHP ;) Typowo turystyczna atrakcja, więc nie czekając na koniec pokazu zawinęliśmy się stamtąd w dalszy rejs.

Mijane po drodze widoki nadrzecznych domów i widok mieszkańców krzątających się wokół swoich codziennych spraw trochę uratował sytuację. Cieszyła nas sama podróż łódką, ale najbardziej liczyliśmy na rejs po bocznych, mniejszych kanałach. Najpierw czekała nas jednak jeszcze ostatnia ,,atrakcja" - drugi wodny targ Phong Dien. Płynęliśmy do niego ze 2 godziny, żeby na końcu przekonać się, że… to 5 łódek, z czego 2 z turystami… 

To chyba jakiś żart.

W naiwności swojej jeszcze zapytaliśmy czy to początek targu, a dalej gdzieś jest ten właściwy do którego dopiero dopłyniemy...

- ,,Nie, to jest cały targ"

- Targ? Te dwie łódki z ananasami i pamiątkami?

- ,,Yyy...odkąd jest więcej mostów dużych targów wodnych już raczej nie ma… Nie są aż tak potrzebne. I po nowym roku jeszcze ruch jest mniejszy niż zazwyczaj…"  

Aha. Dobrze wiedzieć po 5 godzinach rejsu… Załamka. Pani przewoźnik musiała trafnie odczytać nasze miny, bo od razu nakroiła znowu ananasa i mango żeby nam zatkać buzie. Nie wiedzieliśmy czy śmiać się czy płakać, więc żując owoce kazaliśmy się zawieźć do kanałków - ostatniego bastionu naszej nadziei na udaną wycieczkę. 

I tak jak podejrzewaliśmy, jak tylko wpłynęliśmy w zarośla od razu humory nam wróciły. Pływanie małymi dopływami wśród palm sprawiło, że choć na chwilę poczuliśmy się jak na ekspedycji National Geographic. O to nam chodziło! A do tego jeszcze co chwilę dostawaliśmy od naszej pani zabawkę uplecioną z liści więc czuliśmy się częściowo udobruchani… Jak z dziećmi! Dała słodkie, dała zabawki, to już gęby się cieszą ;) I te widoki… 

Chwilową poprawę humoru szybko przyhamowała wizyta w lokalnej restauracji w jednym z kanałów, gdzie nie dość, że "dobrym zwyczajem" było ufundowanie obiadu dla przewoźnika (na co się ostatecznie zgodziliśmy), to jeszcze ceny były raczej wygórowane. Po otrzymaniu jedzenia zgodnie stwierdziliśmy, że to najgorszy posiłek podczas całej naszej podróży - nawet wszystkożerny Radek nie dojadł swojej porcji. Wkurzeni, że nas wmanewrowano w niechciany wydatek i kiepski obiad, chcieliśmy jak najszybciej wracać do domu…

W drodze powrotnej, walcząc z narastającą sennością, uznaliśmy, że całodzienna (7- 8h) wycieczka to za długo i spokojnie wystarczyłoby nam 2-3 h - czyli tylko pierwszy targ i rejs po kanałach, resztę można spokojnie sobie darować (i w tym miejscu warto zaznaczyć, że jak najbardziej jest taka opcja - za 350 tysięcy jest short trip - również w ofercie Miss Loan). A jeszcze gdybyśmy mieli zapłacić za to 2 miliony dongów jak większość turystów, to chyba strzelilibyśmy sobie w łeb!

Ponad to byliśmy przerażeni ilością śmieci w rzece, które co chwila wkręcały się w śrubę, a nasza przewodniczka po wyciągnięciu ich z maszyny... wrzucała je z powrotem do wody. Radek początkowo chciał liczyć ile razy plastikowa torebka wkręciła się w maszynę. Nie było to bez znaczenia, bo wtedy silnik zaczynał rzęzić, trzeba było go wyłączyć i ręcznie wyszarpać plastik z napędu. Niestety w okolicach dwudziestego (!!!) razu Radek zgubił rachubę.

Mieliśmy znów smutną refleksję na temat zasyfienia Azji i Wietnamu w szczególności. To, że opakowania i śmieci wyrzucane są byle gdzie, to tutaj norma. Fruwające tony odpadków? Dla miejscowych żaden problem. Uderzyło nas jednak podczas tego rejsu, że dla naszej przewodniczki zanieczyszczenie rzeki to nie abstrakcyjny koncept ,,ochrony środowiska" (który być może nie przemawia do lokalnej społeczności), ale realny problem, bo przecież sama wielokrotnie musiała zatrzymywać się i ręcznie oczyszczać śrubę. Jeżeli pomimo tego, na końcu i tak sama wyrzuciła wszystkie śmieci z powrotem do rzeki, to z taką mentalnością nie widzimy nadziei na rychłe oczyszczenie Azji… A co za tym idzie całego świata, którego Azja jest największym trucicielem.

To był gwóźdź do trumny ogólnych odczuć odnośnie wycieczki. Pożegnaliśmy naszą przewodniczkę mimo wszystko dosyć ciepło (zasłużyła za plecionki i ogólny pozytywny klimat na łodzi), choć za wyrzucanie śmieci do rzeki należał się jej kop w dupę…  Podsumowując, wycieczka łodzią po delcie Mekongu to dla nas raczej kit niż hit. Postanowiliśmy jednak zobaczyć resztę regionu, zanim wyrobiliśmy sobie ostateczne zdanie o południu Wietnamu. 

 

Żyj i żryj jak lokals - wizyta w Vinh Long

Z Can Tho udaliśmy się do Vinh Long - miejscowości położonej niemal w środku delty, aby mieć dobrą bazę wypadową do wioski kwiatów w Sa Dec i wioski An Binh, o których słyszeliśmy, że są warte zobaczenia. Z Can Tho do Vinh Long kursuje zwykły autobus, na który odprowadziła nas nasza hotelowa recepcjonistka (z odręcznie napisanym liścikiem po wietnamsku dla kierowcy żeby nas odstawił bezpiecznie na miejsce! Naprawdę uroczy gest, tym bardziej, że jeszcze czekała z nami na przystanku, aż podjedzie właściwy autobus)
Niestety nie pamiętamy przez to numeru linii autobusowej, bo ona to ogarniała:(
Bilet z Can Tho do Vinh Long kosztował 69 000 dongów za nas oboje.

Na miejscu okazało się, że w samym Vinh Long nic nie ma… NIC. Nawet knajpy żeby porządnie zjeść. Rozczarowani połykaliśmy łzy goryczy nad rzeką gdzie pocieszył nas zachód słońca. Jedyny miły akcent w całym smętnym mieście…

No dobra, to zadupie miało też walor edukacyjny! Rozeznaliśmy się lepiej w cenach - takich prawdziwych, dla lokalsów. Na przykład poznaliśmy cenę mango na lokalnym bazarku, która wynosiła 5000 dongów za kilogram… czyli 80 gr. Osiemdziesiąt groszy za kilogram mango! Aż nam kapcie spadły, a mangożerna Ania dostała wylewu. U nas sztuka kosztuje 7-10 zł!

Oficjalnie też możemy potwierdzić, że w nieturystycznych miejscach Wietnamu za kawę i kanapkę z jajkiem razem nie powinno się płacić więcej niż 20-30k dongów (3,20 - 4,90 zł). Sama kawa w ulicznej kawiarence lub na straganie to koszt 5-15k (80 gr - 2,40 zł) dongów max.

 

Sa Dec i An Binh - perełki Delty Mekongu

W Vinh Long wzięliśmy skuter (150k/dzień) i okazało się to najlepszym sposobem zwiedzania delty Mekongu, dużo lepszym niż wycieczki łodzią. Na lądzie dzieje się o wiele więcej fajnych rzeczy, a i krajobrazy piękniejsze! W okolicach Vinh Long jest kilka miejscówek, które chcieliśmy zobaczyć. Romantycznie brzmiąca ,,Wioska Kwiatów" w Sa Dec, zagłębie sadów i owoców w Cai Be oraz sielską wyspę An Binh. Od razu zdradzimy, że obejrzeliśmy pierwszą i ostatnią, bo na sady w Cai Be już nam nie starczyło czasu i energii.

Sa Dec to zagłębie plantacji kwiatów i świątynia kiczu. Wszędzie w okolicy są szkółki, hodowle i kwiaciarnie. Zaopatruje się tu w kwiaty niemal cały Wietnam, bo żyzna delta Mekongu służy uprawie wszystkiego, nie tylko ryżu. Sama miejscowość wygląda jak większość azjatyckich miasteczek, czyli niespecjalnie… Można tu jednak zobaczyć dumę kwiatowej prowincji - kiczowaty park miejski, który początkowo uznaliśmy za osławione Flower Village, bo niestety ku zmyle dla turystów nazywa się tak samo. Zaskoczyło nas najpierw, że zamiast plantacji są rabatki i kwiatowe rzeźby do robienia zdjęć, ale hej! Jesteśmy w Azji! Oni kochają festyn! Może za następnym mostkiem będą te słynne plantacje? Nie było.

Potem okazało się, że trafiliśmy nie tam gdzie trzeba… Prawdziwa Flower Village leży pod miastem i zachwyca bogactwem kolorów i kształtów! (Lokalizacja na mapie) Wyobraźcie sobie wzdłuż jednej ulicy ciągnące się po horyzont wielobarwne plantacje kwiatów, krzaczków i drzewek… Najpiękniej jest podobno tuż przed świętem Tet, bo to stąd pochodzi większość kwiatowych noworocznych dekoracji. My z racji tego, że byliśmy tuż po obchodach Nowego Roku, zastaliśmy niektóre grządki świecące pustkami, ale i tak widok był disneyowski! 

Na plantacje można bez problemu wchodzić i je zwiedzać - niektóre za drobną opłatą (10/20k dongów), a niektóre za darmo. My chyba na szczęście trafiliśmy na taką darmową, albo po prostu nikt się nie zorientował, że tam weszliśmy bez płacenia… ;) Oczywiście jak wszędzie zadbano o atrakcje dla odwiedzających plantacje klientów i turystów w postaci instalacji, rzeźb, mostków i dekorów (same kwiaty dla Azjatów to za mało, że zrobić sobie selfie!), a niektóre plantacje posunęły się nawet do tego, że oferują quady, kajaki i inne badziewie.

My ostatecznie wybraliśmy jedną z pierwszych plantacji od wejścia, gdzie nie było nikogo poza pracującymi kobietami z obsługi. Błądzenie wśród kwiatów zajęło nam tyle czasu, że musieliśmy zrezygnować z odwiedzenia Cai Be gdzie mieliśmy plan obkupienia się owocami wszelkiej maści i odmiany. Zamiast tego pomknęliśmy prosto na wyspę An Binh i to był w końcu deltowy strzał w dziesiątkę!

An Binh leży na drugim brzegu rzeki niż Vinh Long i jest po prostu jego wiejską częścią. Nie ma tam żadnych atrakcji - wyspa jest po prostu jedną wielką zieloną wiochą poprzetykaną kanałami rzecznymi… taka delta Mekongu w malowniczej pigułce. Sztos! Przeprawiliśmy się tam w Vinh Long promem dla skuterów, co już samo w sobie było atrakcją! Kiedy myśleliśmy, że statek już jest załadowany po brzegi  jeszcze dopchnęło się z kilkadziesiąt skuterów! Przecież nie będą czekać na następny prom… kursują ,,tylko" co 10 minut ;) Kilkuminutowy rejs na drugi brzeg kosztuje 4000 dongów.

Kręciliśmy się po wąskich, krętych drogach An Binh podziwiając bujną roślinność, liczne kanały i chłonąc spokojną atmosferę wyspy. Nie ma tu dużego ruchu ani na lądzie ani na wodzie, dzięki czemu jest tam momentami dziko, a jeśli dodać do tego jeszcze zarośnięte kanały, to znów mieliśmy namiastkę National Geograhic - tym razem w bardziej autentycznej odsłonie.

Domy mieszkańców często ukryte są wśród drzew, a jedyną drogą żeby dostać się na posesję jest pokonanie prowizorycznego mostku z drewna lub wręcz patyków. Wiele gospodarstw miało też piękne ogrody, sady i grządki, co nadaje całej wyspie iście idyllicznego charakteru. Odetchnęliśmy z ulgą, że jednak warto było odwiedzić deltę! 

W tak malowniczych okolicznościach postanowiliśmy znaleźć ogród drzewek bonsai (Radek jest ich wielkim fanem), który podobno można oglądać w An Binh. Piszemy podobno, bo nigdy go nie znaleźliśmy. Nie bylibyśmy przecież sobą gdybyśmy się nie zgubili! Twardo jechaliśmy ścieżkami, po których było widać, że nie są przystosowane do jazdy skuterem, więc na pewno nie prowadzą do jedynej atrakcji na wyspie… aż w końcu droga zakończyła się klepiskiem i wylądowaliśmy u kogoś w domu! Uuups! Pan Gospodarz na szczęście raczej był rozbawiony niż rozgniewany naszym najściem i na migi pokierował nas na normalną drogę.  

Zrezygnowani, pojechaliśmy do knajpy, gdzie miał być po prostu widok na rzekę i tanie jedzenie. Zachęceni jednak otwartą furtką do ogrodu za domem weszliśmy z nadzieją, że może tam będą te skubane drzewkowe pokurcze… (na mapach to było gdzieś tam). Okazało się, że w ogrodzie jest jakiś mały hostel, z kilkoma domkami, stawem i jakąś dziwną ni to zagrodą, ni to kojcem. Bez większego entuzjazmu postanowiliśmy tam zajrzeć. I co prawda tam też nie znaleźliśmy bonsai, ale za to znaleźliśmy… krokodyle! Takie tam wietnamskie pupilki domowe...  

Zastanawialiśmy się co jeszcze byśmy znaleźli na wyspie, gdybyśmy mieli więcej czasu ! A tak zachód słońca zbliżał się nieubłaganie, więc ostatnie chwile spędziliśmy w jednej z wielu klimatycznych kawiarenek.

An Binh wynagrodził nam nudne Vinh Long i komercyjne Can Tho. Jeśli mielibyśmy cofnąć czas wzięlibyśmy nocleg w którymś z  homestay'ów w An Binh i eksplorowali wyspę ze dwa dni, co polecamy każdemu kto będzie udawał się w tamte strony. Tam jest Delta Mekongu jak z filmów! :) 

 

W Ben Tre śpi się na kokosach

Do pełni szczęścia w delcie Mekongu brakowało nam jeszcze kokosów... Tych prawdziwych! I tu Ania uparła się żeby z Vinh Long jechać do Ben Tre, które słynie z sadów i wszelkich przetworów kokosowych. Głównie chodziło nam o cukierki, a czego się nie robi dla naturalnych smakołyków? Wsiedliśmy więc do autobusu (dworzec znajduje się po drugiej stronie wyspy w An Binh) i w drogę! Tutaj też po raz pierwszy spotkaliśmy się z osławioną wietnamską chciwością (co jak na czas spędzony w kraju i tak uważamy za niezły wyczyn.) Bilet z Vinh Long do Ben Tre kosztuje 20-25k dongów za osobę (wliczając bagaż). Kontroler biletów chciał od nas jednak równo 100 tysięcy za 2 osoby i dwa duże plecaki, a kiedy odmówiliśmy otworzył drzwi i kazał nam wysiadać. Dworzec znajduje się pośrodku niczego na brzegu wyspy, na drodze same skutery, więc szanse na stopa były nikłe. Dlatego tym razem postanowiliśmy się ugiąć, tym bardziej, że kwota wymuszenia to raptem 8 zł, ale niesmak pozostał… 

Niestety Ben Tre to również miasto widmo... Podobnie jak w Vinh Long nie ma tam niczego interesującego poza supermarketem na którego widok ucieszyliśmy się jak dzieci (co pokazuje skalę beznadziejności tego miejsca.) Mieliśmy w planach drugą wycieczkę łódką właśnie w Ben Tre, bo zwiedzanie fabryki cukierków jest tam jej główną atrakcją. Zrażeni jednak doświadczeniami w Can Tho i milionowymi cenami łódek, uznaliśmy że i tak najfajniej jest wsiąść samemu na skuter (ponownie 150k dongów/dzień) i wybraliśmy się na objazd okolicy podziwiając sady kokosowe. 

W Ben Tre wszystko kręci się wokół kokosów, a przynajmniej tak to wygląda z perspektywy drogi, bo wszędzie są barki i ciężarówki z kokosami. Wszędzie leżą łupiny kokosowe, a w powietrzu czuć kokosowym bimbrem (nie pogardzilibyśmy). Na każdym straganie można kupić kokosy lub wyroby z nich - od słodyczy, przez kosmetyki po naczynka z łupin.

Nam zależało na fabryce cukierków gdzie chałupniczo wyrabia się te ultra słodkie mordoklejki. Cały proces jest naturalny i jak w przypadku fabryki makaronu w Can Tho, pozbawiony jakichkolwiek procedur higieny i bezpieczeństwa ;) Z kokosów najpierw tłoczy się tłuszcz i mleczko, które następnie gotuje się na palenisku z cukrem palmowym aż się trochę przypalą i zgęstnieją. Powstaje swego rodzaju kokosowa masa toffie, którą następnie wałkuje się i tnie na kostki - oto gotowe cukierki! Ręcznie zawijane w papierki i dystrybuowane na cały Wietnam.

Mimo tego, że jest to typowo turystyczna atrakcja, podobała nam się, bo co zjedliśmy to nasze (nie oparliśmy się jeszcze kokosowym chipsom i ciastu) ;) Nie wyobrażamy sobie jednak zapłacić kupę kasy za wycieczkę łódką żeby się tam dostać... Lepiej wziąć skuter i jechać samemu!

 

W stronę słońca… i baraków

Ponieważ Ben Tre było naszym ostatnim przystankiem w Delcie Mekongu, postanowiliśmy pożegnać ją godnie i zobaczyć miejsce gdzie rzeka uchodzi do morza. Czyż romantyczny zachód słońca nad morzem, w miejscu gdzie Mekong kończy swój żywot, nie jest idealnym zwieńczeniem wycieczki?

Byłby gdyby nie wszędobylski syf.

To co zobaczyliśmy po przyjeździe na plażę, która była oznaczona w Google jako "Beach Resort" zakrawa na kpinę... Zamiast resortu zobaczyliśmy baraki, zamiast plaży śmieci i odpadki jedzenia wydeptane w piach, zamiast widoku morza zadaszone po brzeg budy, zamiast ujścia rzeki błotniste odmęty, w których kąpały się lokalne dzieci...

Nie chcieliśmy spędzić tam nawet 10 minut, więc po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia ostatniego odcinka Mekongu, krztusząc się od śmiechu i zażenowania pojechaliśmy do domu.

No prawie do domu.

Mekong postanowił podarować nam na odchodne piękny zachód słońca... w warsztacie motorowerowym. Pierwszy raz podczas naszych wojaży skuterowych złapaliśmy gumę! Mało tego, nie zorientowaliśmy się (huehue) z półtorej godziny, że jedziemy na flaku, a właściwie już niemal na samej feldze! Ale, że głupi ma zawsze szczęście, to benzyna nam się skończyła pod stacją i dopiero tam skapnęliśmy się, że coś jest nie tak. I na kolejne szczęście ,,władców szosy" -  warsztat był kilka metrów dalej! I tym sposobem oglądaliśmy zachód słońca znad upoconych zadków panów mechaników drążąc ile nas skasują za to przedsięwzięcie*…

Idealne zakończenie naszej gorzko-słodkiej tygodniowej wyprawy po delcie Mekongu.

Podsumowując

Gdybyście kiedyś wybierali się do delty Mekongu, najlepiej zwiedzać ją samemu z dwóch kółek niż z turystycznej łódki. Delta może zachwycić widokami, ale najlepsze są te na pozór zwyczajne - kanałów, pól, sadów, wiosek i ogrodów mieszkańców. Region jest dobrze skomunikowany, więc łatwo się po nim przemieszczać na własną rękę - autobusami lub wynajętym skuterem/motorem. Każda miejscowość oferuje co innego, każda prowincja ma inne atrakcje i charakter, dlatego dobrze jest zobaczyć coś więcej niż jedno miasto i jeden fragment rzeki, w dodatku płacąc za to miliony dongów... Nam najbardziej podobało się An Binh i w okolicach Ben Tre, ale najlepiej jest po prostu dać się porwać łapom Mekongu i samemu przekonać się co mają nam do pokazania w swoich tajemniczych dopływach.

*Dla zainteresowanych wyjadaczy drogi, to za założenie nowej dentki zapłaciliśmy 80 000 dongów (Radek, który naczytał się opinii o tym jak dyma się turystów na naprawach, był przerażony jak zobaczył, że właściciel pokazuje na palcach 8 i pomyślał przez chwilę, że chodzi o 800 000! Dobrze, że najpierw dał na próbę jedną stówę, bo jak by dał 8 to by pewnie reszty nie zobaczył!)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
Gdzie obecnie jesteśmy?
Szukaj po tagu
Obserwuj nas na Instagramie
Polub nas na Facebooku