2019-10-12

Buddyjskie skarby Leshan i Dazu

 

Złaknieni kultury… i wizy

Planując naszą trasę zawsze staramy się tak wybierać odwiedzane miejsca, aby wokół nich było jak najwięcej atrakcji. Chengdu skusiło nas więc nie tylko swoim Centrum Pand, ale też bliskością buddyjskich zabytków, które znajdują się w Leshan i Dazu - kilkadziesiąt - kilkaset kilometrów na południe od miasta (w skali chińskiej to blisko!) Wszak buddyzm jest jedną z trzech najpopularniejszych religii w Chinach - obok konfucjanizmu i taoizmu, co widać w krajobrazie kulturowym kraju.

Pierwsze buddyjskie wpływy pojawiły się w Państwie Środka już ok. III wieku naszej ery, ale rozkwit tej religii i związanych z nią dzieł sztuki i klasztorów miał nastąpić dopiero w ciągu kilku kolejnych stuleci. Odkąd w VI wieku buddyzm zdobył sobie uznanie cesarzy, a nawet stał się na chwilę religią państwową, nie szczędzono środków na jego propagowanie, czego efekty cieszą wiernych i turystów do dzisiaj. To właśnie we wczesnym średniowieczu powstały najsłynniejsze działa buddyjskiej sztuki sakralnej na terenie Chin. A my zamierzaliśmy zobaczyć dwa najokazalsze z nich…

Zależało nam zwłaszcza na Leshan, gdzie znajduje się jeden z największych posągów Buddy na świecie i…ze spraw bardziej przyziemnych…legendarne, przychylne cudzoziemcom biuro wizowe. A my akurat chcieliśmy (oczywiście na ostatnią chwilę) przedłużyć pobyt o kolejny miesiąc. 

 

Uważaj, gdzie nocujesz

Nasza przygoda z Leshan nie zaczęła się zbyt dobrze…Wiedzieliśmy, że aby otrzymać przedłużenie wizy, oprócz złożenia wniosku, potrzebny jest też kwitek zameldowania od hotelu. Nic trudnego! Meldujesz się w hotelu i prosisz o wystawienie zaświadczenia, a recepcja drukuje Ci go i podpisuje z uśmiechem na ustach. Po czym, w radosnych podskokach, możesz udać się do lokalnego biura PSB, gdzie dostajesz w ciągu kilku dni nową wizę.

A przynajmniej tak to sobie wyobrażaliśmy.

Problem zaczyna się gdy do wygaśnięcia wizy zostało mniej niż 3 dni, po drodze jest weekend, a w hotelu, gdzie złożyliśmy rezerwację okazało się, że nie wystawią nam kwitku... bo przyjmują cudzoziemców nielegalnie. Tak, Chiny to taki wspaniały kraj, gdzie, aby obcować z turystami z zagranicy trzeba mieć specjalne pozwolenie i nie wszystkie hotele go mają… Dobrze, że zapytaliśmy się o kwit od razu przy check-in'owaniu! Babka z recepcji długo coś kręciła zanim się przyznała, że nie może nam wystawić papierka, po czym przeraziła się własną szczerością i błagała żebyśmy nie szli z tym na policję (każdy komisariat też może wystawić meldunek, ale wtedy byśmy ją nieopatrznie wydali, że na nielegalu przyjmuje turystów). Obiecaliśmy zabrać jej mroczną tajemnicę do grobu i szybko znaleźliśmy inny nocleg (a jak ochoczo udostępniła nam swoje wifi, co byśmy czym prędzej sobie poszli!), który bez problemu wydał nam wszystko co było do szczęścia potrzebne.

Pozostało tylko złożyć papiery w PSB (Public Security Bureau) i czekać na leshański cud - internetowa legenda głosiła, że lokalni urzędnicy lubią turystów, dobrze mówią po angielsku i najważniejsze - wystawiają wizę w jeden dzień. Musieliśmy zaufać tym zapewnieniom, inaczej czekał nas ekspresowy lot poza granice Chin, aby nie skończyć w areszcie z karą finansową na koncie. Na szczęście pogłoski okazały się prawdą i już na nazajutrz byliśmy spokojnymi posiadaczami nowej wizy, dokładnie w dniu, w którym skończyła się nam poprzednia. Jak zwykle na przypale albo wcale… ;)

 

Wielki Budda jest naprawdę wielki

Tak wielki, że nie udało się go objąć w całości na zdjęciu. Aż dziw bierze, że ponad 1000 lat temu ludzie byli w stanie wyrzeźbić 71 metrowy posąg i to w litej skale! Budowę rozpoczęto w VIII wieku z inicjatywy pewnego mnicha przejętego losem mieszkańców nadrzecznych osad. W Leshan spotykają się trzy rzeki, więc nurt był tam niespokojny i ginęło wielu rybaków. Dziś wiemy, że była to wina naturalnego podwodnego zapadliska, ale wtedy nie było sonarów ani innych bajerów, ludność postanowiła więc uciec się do pomocy sił wyższych. Wymyślili więc żeby wybudować największy posąg Buddy jaki widział świat (ale musiała ich wkurzać ta rzeka), aby ten poskromił wodę i strzegł rybaków. Zebranie funduszy na ten szalony czyn zajęło 20 lat, a inicjator pomysłu - mnich Hai Tong, wyłupił sobie nawet oczy na wieść, że lokalne urzędasy czają się na zebraną z takim trudem kasę. Prędzej dostaniecie moje gałki oczne niż te pieniądze! - powiedział i pozbawił się przed nimi wzroku, czym wprawił chciwców w takie przerażenie, że uciekli. Budowa mogła więc ruszyć bez biurokratycznych przeszkód (ciekawe, czy w naszych czasach by to zadziałało?) i trwała ponad 90 lat… 

Wiecie jednak co jest w tym wszystkim najlepsze? Podczas budowy cały urobek w postaci mniejszych i większych kawałków skał spadał do rzeki, co z biegiem czasu spowodowało, że ostatecznie w całości zasypano zapadlisko. Nurt rzeki się zmienił, stał się spokojniejszy, a rybołówstwo przestało być zawodem wysokiego ryzyka. Budda naprawdę uratował mieszkańców...

Zwrócony w stronę rzeki posąg ma postać Buddy Maitrei - jest to Budda Kochającej Życzliwości, który ma dopiero nadejść jako kolejne wcielenie Oświeconego. Ma 71 metrów wysokości i żeby lepiej wyobrazić sobie tę skalę, wyobraźcie sobie, że same palce mają długość 8 metrów, a ramię jest wystarczająco duże, aby stanowić boisko do koszykówki. Niestety mnich - pomysłodawca, nie miał okazji zobaczyć efektów swojej krucjaty, bo zmarło mu się w międzyczasie, a i oglądanie dzieła bez oczu mogłoby być odrobinę utrudnione… Niemniej dzięki swoim wyczynom uważany jest do dziś niemal za świętego i jego postać nierozerwalnie związana jest z posągiem, co widać też w aranżacji atrakcji dla turystów.

Kolosalne wrażenie robi nie tylko wielkość rzeźby, ale również kunszt architektoniczny - np. włosy Buddy zwinięte są w 1021 kamiennych koczków, każdy wielkości człowieka. Zadziwiająco zaawansowany jest też system odwadniający składający się z ukrytych rynien i kanałów, umieszczonych w głowie i ramionach, za uszami i w ubraniach. Ten skomplikowany system, który pomaga usuwać nadmiar wody deszczowej odgrywa ważną rolę w ochronie Buddy przed erozją. Pomyśleli już o tym 1000 lat temu! Duża para uszu (każde o długości 7 metrów!), jest wykonana z drewna, ale tak zamaskowana warstwą gliny, że nie odróżnia się od piaskowca, z którego wykonana jest reszta posągu. Dla średniowiecznych rzemieślników było to nie lada wyzwanie, aby przymocować je do kamiennej głowy, a co dopiero wyposażyć w system odprowadzający wodę! Pełen szacunek za wykonanie i pomysłowość! 

 

Chińska turystyka rządzi się swoimi prawami

Budda z Leshan należy do topowych atrakcji Chin, co nie trudno zrozumieć, ale trochę ciężej znieść. Aby dostać się do podnóża posągu trzeba nastać się w kilkudziesięcio-(set?) - metrowej kolejce… Na wąskich schodach… z chińskimi wycieczkami. Podczas czekania możemy więc trenować swoją ,,kochającą życzliwość" czerpiąc moc prosto od Buddy, który na szczęście cały czas jest w zasięgu wzroku. Podobnie jak panorama Leshan - od stania znamy teraz ten krajobraz na pamięć…

Dodajmy w tym miejscu, że byliśmy poza szczytem sezonu. Z przerażeniem oglądaliśmy setki metrów zygzakujących balustradek (jedyny sposób na utrzymanie chińskich turystów w ryzach i jako takim porządku), które szczęśliwie dla nas były zamknięte z udostępnioną drogą na skróty. Tabliczki informacyjne strategicznie porozstawiane wśród płotków informują przybywających, że od danego miejsca w kolejce jest np. 180 minut czekania do rzeźby! W czasie chińskich świąt i w szczycie sezonu szybciej idzie osiągnąć nirwanę niżeli podnóże posągu…

Z informacji praktycznych: Ci co wolą uniknąć tłumów i chcą mieć piękne zdjęcia całości klifu mogą wybrać się w rejs po rzece i oglądać Buddę z pokładu statku. Kusiła nas trochę ta opcja, ale sam bilet wstępu jest już wystarczająco drogi (80 juanów/os.) a za rejs trzeba dopłacić kolejne 70 juanów/os. Cebulactwo wygrało i oglądaliśmy rzeźbę z ziemi (w tym przeszliśmy wąską ścieżką dosłownie od stóp do głów, czy raczej głowy). Nie żałujemy ;)  

 

Święta góra

Wielki Budda nie jest jednak jedyną atrakcją Leshan Scenic Area. Wokół niego roztacza się zalesiona strefa ochronna z Orientalnym Parkiem Buddy i Świątynią Lingyun wśród których porozsiewane są liczne mniejsze posągi budd, pawilony, grobowce i starożytne stele. Można się tam schronić od tłumów, teren jest na tyle rozległy, że niektóre zakątki podziwialiśmy sami. Większość zabytków pochodzi z tego samego okresu co Budda, ale Chińczycy nie kryją też, że część została zbudowana całkiem niedawno jak np. świątynia Lingyun. Niemniej jednak buddyjskie kapliczki powstawały w tej okolicy już od tysięcy lat, ponieważ wzgórza na których roztacza się park, uważane były za święte już od okresu panowania dynastii Han (206 p.n.e. - 220 n.e.).  

Odwiedziny Leshan były wyjątkowe nie tylko ze względu na majestat i piękno Buddy Maitrei, ale przede wszystkim ze względu na kolejne spełnione marzenie. Stojąc u stóp posągu Radek przypomniał sobie jak dawno, dawno temu oglądał film dokumentalny o zabytkach Chin, gdzie pierwszy raz zobaczył Buddę z Leshan. Zrobił na nim wtedy ogromne wrażenie, szybko zgaszone myślą, że pewnie i tak nigdy nie zobaczy na żywo tak odległej, egzotycznej atrakcji… Sprawdziła nam się tym samym kolejna ludowa mądrość: Nigdy nie mów nigdy! 

Wspomnienia wywołane widokiem odwiedzanego właśnie miejsca, to jedno z naszych ulubionych wrażeń w podróży. Czasem jedziemy do danej lokalizacji spodziewając się trochę jakie wywoła w nas wrażenia i emocje, bo przechowujemy już jego obraz (z filmów czy książek) w zakamarkach pamięci. Innym razem dopiero przebywanie w danym miejscu wywołuje to wspomnienie, prowadząc do niesamowitego spełnienia i satysfakcji. Zapewne każdy oglądał kiedyś zdjęcia piramid w Gizie czy inkaskiego miasta Machu Picchu - w podróży okazuje się, że w pamięci przechowujemy także dziesiątki innych mniej lub bardziej znanych pocztówek z podróży, których (jeszcze) nie odbyliśmy. Zamienianie tego typu pocztówek w autentyczne wspomnienia to wspaniałe doświadczenie.

 

Skalne świątynie Dazu

Dazu leży trochę dalej od Chengdu i Leshan, właściwie już bliżej innej, wielkiej metropolii - Chongqing, co oznaczało dla nas lekkie odbicie z trasy na wschód. Pojawiła się przez to nawet pokusa, aby odpuścić sobie tę atrakcję, chociaż słynie z 5 kompleksów tysięcy buddyjskich rzeźb wykutych w skałach. Przekonaliśmy się jednak na miejscu, że gdyby nasze lenistwo wygrało, okropnie byśmy się sfrajerzyli… Pobyt w Dazu okazał się tak wspaniałą wycieczką, że aż pomógł nam wyjść z podróżniczego kryzysu, o którym pisaliśmy przy okazji Chengdu.   

Samo miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym, choć musimy przyznać, że jak na Chiny ma dosyć cichy i kameralny charakter (tylko drobny milion mieszkańców) - tak prowincjonalny, że aż nie mieliśmy gdzie dobrze zjeść, co było dla nas zupełnie nową sytuacją:( Swoją karierę Dazu rozpoczęło od zwykłej, wczesnośredniowiecznej osady targowej, która powstała w pobliżu wykuwanych w pocie czoła skalnych świątyń, które dziś zachwycają cały świat i rozsławiły imię miasta. 

Skalne świątynie jaskiniowe powstawały na początku w starożytnych Indiach jako sposób rozpowszechniania buddyjskich idei (taki rzeźbiony, religijny komiks). Tradycja przywędrowała do Chin wraz z samym buddyzmem, idąc Jedwabnym Szlakiem przez Afganistan i pustynie środkowej Azji, aż do doliny Żółtej Rzeki w północnych Chinach. Wokół dzisiejszego Dazu, gdzie znajduje się wiele wąwozów i jaskiń idealnych do tworzenia tego typu reliefów, powstało aż 5 kompleksów rzeźb, z czego najwcześniejsze datuje się na VII wiek n.e. W ciągu wieków powstawały jednak na coraz większym obszarze, a rozkwit prac trwał od końca IX do połowy XIII wieku. Stanowią zatem ostatni wyraz tej monumentalnej, buddyjskiej formy sztuki i uważane są za przykład jej najwyższego poziomu. 

Wśród wszystkich grup rzeźb znajduje się ponad 50 000 posągów i ponad 100 000 chińskich znaków z napisami i epigrafami. Dominują motywy buddyjskie, ale można również zobaczyć kamienne figury taoistyczne i konfucjańskie, co podkreśla harmonijne współistnienie w Chinach tych trzech religii. Skalę, estetykę i bogatą różnorodność tematyki przedstawień doceniło UNESCO, wpisując skalne świątynie na listę światowego dziedzictwa.

Trzeba też dodać przy tym, że rzeźby są dobrze zachowane - zostały wykonane w trudno dostępnych miejscach, na uboczu, w pokrytych lasami wąwozach i jaskiniach. Przez wieki majestatyczne kompleksy popadły więc w zapomnienie, bo często prowadziła do nich jedynie błotnista ścieżka lub były kompletnie odcięte od świata. Dzięki temu uniknęły zniszczeń w trakcie szaleństwa Rewolucji Kulturalnej, uf! Dla turystów zabytki są dostępne dopiero od lat 80' i to w iście chińskim stylu…  na miejscu kopara nam opadła, jaką przygotowano infrastrukturę, aby móc je dziś oglądać.

Z informacji praktycznych: Wszystkie kompleksy rzeźb znajdują się pod Dazu i można do nich dojechać miejskimi autobusami lub taksówkami. Do wyboru mamy 5 grup rzeźb: Baodingshan z pięknym klasztorem i muzeum, Beishan, Nanshan, Shimenshan i Shizhuanshan. W Beishan znajdują się najstarsze reliefy, ale to góra Baoding jest najpopularniejszym i najbardziej okazałym skupiskiem posągów. Pozostałe trzy świątynie skalne są rzadziej odwiedzane, a czasami nawet zamknięte dla odwiedzających.

Mieliśmy mało czasu, więc zdecydowaliśmy się zobaczyć tylko Baodingshan (po angielsku znanej również jako Precious Summit Mountain i Summit of Treasures) więc udaliśmy się piętnaście kilometrów na północ od miasta autobusem 205.  Bilet wstępu (115 juanów/os.) do strefy turystycznej obejmuje rzeźby naskalne i klasztor.

 

Baodingshan - góra skarbów

Coś, co ponoć było kiedyś ścieżką wśród buszu, jest dziś okazałym parkingiem i dziedzińcami, przez które przechodzi się między stylizowanymi pawilonami, po gładkim jak glaca Radka chodniku. Prosto pod muzeum, które już samo w sobie może być atrakcją - wygląda jak chiński pałac. Droga do wąwozu wiedzie wśród zadbanej zieleni, a umilała nam nią sącząca się z głośników tradycyjna muzyka. Głośników nie byle jakich, bo stylizowanych na głazy i pieńki ukrytych wśród krzewów - jakby sam las grał na nasze przybycie! Trzeba przyznać, że po pierwsze Chińczycy mają rozmach, a po drugie pomyślą naprawdę o każdym detalu…

Kompleks składa się z ponad 2 kilometrów reliefów wykutych w skale wąwozu i małych grotach. Rzeźb jest ponad 6000 i powstały na przełomie XII i XIII wieku. Przedstawiają głównie ikoniczne dzieła buddyjskie jako rozbudowane sceny narracyjne np. narodziny i dzieciństwo Buddy, wizje piekła i koła reinkarnacji czy historie związane z panteonem pomniejszych bóstw. Wyjątkowe są też przedstawienia życia codziennego pasterzy i rolników. Całość kompleksu można podzielić na 30 tematycznych grup rzeźb, które tworzą sceny łagodnie przechodzące jedne w drugie. Najsłynniejszym przedstawieniem jest posąg Leżącego Buddy, który ma aż 31 metrów i stanowi punkt kulminacyjny przedstawień - osiągnięcie przez Buddę nirwany.

Najsłynniejsza rzeźba Dazu - osiągający nirvanę Budda. 

Większość rzeźb stworzono na odkrytych ścianach wąwozu, ale niektóre ukryte są w kilku grotach. Ponieważ nie dochodzi tam światło słoneczne, oryginalne kolory są lepiej zachowane. 

O kunszcie twórców świadczy nie tylko ilość rzeźb i ich rozmiary, ale także umiejętność wykorzystywania w kreatywny sposób elementów krajobrazu takich jak naturalne nisze skalne, groty i źródełka, które zostały wkomponowane w poszczególne scenki. Oglądaliśmy z zaciekawieniem wszystkie ściany, tym bardziej, że każda nisza - ku naszemu zaskoczeniu i zachwycie - ma krótki opis po angielsku! Dzięki temu świadomiej mogliśmy zagłębiać się w świat mitologii i symboliki buddyzmu, chociaż i bez tego rzeźby robią piorunujące wrażenie, a tonący w zieleni wąwóz zwiedza się bardzo przyjemnie. Mimo popularności Baodingshan nie odczuwaliśmy w ogóle tłoku (co za ulga po Leshan!), zwiedzaliśmy w spokojnym tempie, więc wyprzedzali nas wszyscy inni turyści. 

Do przedstawienia pierwszej kąpieli małego Buddy wykorzystano naturalne źródełko tryskające ze skały.

Koło przedstawiające cykl reinkarnacji. 

 

Ach, ta chińska architektura

Na koniec przyznamy się, że tym co nas najbardziej zachwyciło wcale nie były średniowieczne rzeźby, chociaż oczywiście ich skala i pomysłowość zwala z nóg. Nam jednak najbardziej podobała się świątynia i klasztor Shengshousi (świątynia Mądrej Długowieczności), które znajdują się tuż nad wąwozem. Wszyscy chińscy turyści nie byli zainteresowani tym zabytkiem (w końcu pełno mają takich w całym kraju), więc byliśmy tam zupełnie sami, nie licząc kilku spotkanych mnichów. My i wspaniała, chińska architektura wśród zagajników i kwiatów!

Miejsce, które wygląda jak przeniesione w czasie, bo aż trudno uwierzyć, że pochodzi z tego samego okresu co płaskorzeźby. Nie mogliśmy się oprzeć urokowi tego miejsca (i tej satysfakcji, że mamy je tylko dla siebie), więc spędziliśmy wśród pawilonów mnóstwo czasu rozmyślając czy było tam tak samo pięknie tysiąc lat temu? I chociaż widzieliśmy wiele świątyń buddyjskich przed i po pobycie w Dazu, to świątynia Shengshousi zrobiła na nas największe wrażenie i pozostanie dla nas wyjątkowa.

 

Żegnaj kryzysie

Nie dziwimy się, że Baodingshan tłumaczy się jako Góra Skarbów - naprawdę czeka tam bogactwo cennych artefaktów, które rozbudzą wyobraźnię nie tylko historycznym freak'om. Podobnie jak wizyta u Wielkiego Buddy z Leshan, spacer po wąwozie dał nam wgląd w buddyjski mistycyzm i historię tej religii. W obydwu miejscowościach pierwszy raz obcowaliśmy z naskalną sztuką sakralną i to od razu w jej najlepszym wydaniu. Mimo, że nie jesteśmy jakimiś znawcami sztuki i wywodzimy się z zupełnie innego kręgu kulturowego, czuliśmy duchowy klimat tych miejsc, co chyba najlepiej świadczy o ich mocy i kunszcie średniowiecznych artystów.

Złoty posąg buddy Avalokiteśwary o Tysiącu Ramion umieszczony w jednej z grot Baodingshan.

Wycieczka do Baodingshan i spełnienie dziecięcego marzenia w Leshan było więc dokładnie tym czego potrzebowaliśmy, żeby wybić się z podróżniczego marazmu - zastrzykiem nowych wrażeń, głównie tych estetycznych i emocjonalnych. Z ulgą na nowo poczuliśmy ekscytację i przyjemność z odkrywania chińskiej historii i kultury.

Byliśmy gotowi na więcej w samą porę, bo czekała nas kolejna, kulturowa gratka w naszej następnej destynacji - w Mieście Feniksa.

 
 
 
 
Gdzie obecnie jesteśmy?
Szukaj po tagu
Obserwuj nas na Instagramie
Polub nas na Facebooku