2019-10-02

Miasto pand Chengdu

 

Jakoś tu swojsko

Chengdu jest 10 milionowym miastem, spodziewaliśmy się więc zatłoczonych, brudnych ulic pełnych straganów i szklanych wieżowców poprzetykanych blokowiskami. I po części nasze wyobrażenia daleko nie odbiegały od prawdy, ale musimy przyznać, że Chengu zaskoczyło nas już na dzień dobry swoją… schludnością. Szerokie ulice z (wolnymi!) chodnikami, mnóstwo zadbanej zieleni, parki, więcej restauracyjek niż bud i straganów. No i te bloki, co prawda pamiętające lepsze czasy, ale jakieś dziwnie znajome… Może takie rzeczy wydają się oczywiste, ale po paru miesiącach spędzonych w Azji, docenia się każdy przejaw miejskiego planowania. A już tym bardziej planowania socjalistycznego, bo szybko rozgryźliśmy dlaczego Chengdu od razu wzbudziło naszą sympatię - przypominało trochę Warszawę! Te same szare bloki poustawiane jak klocki, podobny układ ulic, taki sam klimat podwórek, klatek schodowych, trzepaków… Czy to Mokotów? Stara Ochota? Nie, to scheda po naszym wspólnym Wielkim Bracie! Blokowiska wszystkich krajów łączcie się! 

Żeby jednak nie było zbyt zwyczajnie, to w tym morzu szarości było też sporo kropel egzotyki. W Polsce ludzie nie spędzają tak chętnie czasu na ulicy, a tu co i rusz trafialiśmy na mieszkańców okupujących podwórka i chodniki - najlepiej na obrotowych, biurowych krzesłach. Okoliczne sklepiki, gdzie każdy przechodzień może dotknąć leżącego na powietrzu mięsa, nie przetrwałyby u nas starcia z sanepidem i powszechną świadomością choćby podstawowych zasad higieny. Dziwaczne owoce, miski pełne żywych raków, elementy wyposażenia domowego stojące przed blokami, kramiki z mydłem i powidłem gdzie nie obowiązują sztywne zasady obsługi klienta, nieoznaczone roboty drogowe, wiszące kable, smażone na głębokim tłuszczu przekąski, rozstawiane nocą stragany z grillem… i nasze ukochane, publicznie urządzane zajęcia fitness, które codziennie przyciągały tłumy kobitek ćwiczących po prostu na chodniku. 

Uf! To jednak nie Europa Wschodnia, dalej jesteśmy w Azji!

 

Przygotowania do smoczych świąt

Chodząc po naszej dzielnicy na każdym kroku natykaliśmy się też na stoiska z tajemniczymi zawiniątkami. Gdzie się nie obejrzeliśmy tam widzieliśmy trójkątne pierożki owinięte w liście. W mieście całe ulice były wręcz nimi zasypane - od witryn sklepowych, przez bazarowe budki, po rozstawiane na chodnikach łóżka polowe i kosze, wszystko wypełnione było po brzegi zielonymi paczuszkami. Była końcówka maja i już całe Chiny przygotowywały się do jednego z trzech najważniejszych świąt w kalendarzu chińskim - Festiwalu Smoczych Łodzi, którego nie odłączną częścią są właśnie one - pierożki Zongzi.

Zapotrzebowanie było tak wielkie, że zongzi robione były na bieżąco na ulicy. 

Zongzi to ulepione z kleistego ryżu nadziewane piramidki, które gotowane są w liściach bambusa lub trzciny. Popularne są w całych Chinach, ale kształt i nadzienia różnią się w zależności od regionu. Na północy kraju przyrządza się je na słodko, nadziewając suszonymi owocami lub pastą z czerwonej fasoli czy orzechami. Na południu królują słone - jajeczne, grzybowe, mięsne i rybne. W Chengdu chyba wygrywa opcja słona - zwłaszcza jajeczna, bo takie najczęściej widzieliśmy na straganach w zestawach z dziwacznymi kaczymi jajkami. Chińczycy wręczają zongzi najbliższym w trakcie Festiwalu Smoczych Łodzi, zajadając je potem jako przysmak na spotkaniach rodzinnych. Pierożki przed obdarowaniem pakuje się do czerwono-złotych lub kolorowych pudełek i dopiero tak specjalnie przygotowane daje się w prezencie. To trochę przypomina nasz bożonarodzeniowy zwyczaj dawania dekorowanych pierniczków. I podobnie jak u nas na Gwiazdkę, tak tu też całe miasto opanowało istne przedświąteczne szaleństwo.  

 

Wizyta u pand

Miasto opanowało jeszcze jedno szaleństwo - i to już ponad 30 lat temu. Chengdu stało się sławne na cały świat, kiedy wszyscy zwariowali na punkcie… pand. Szkoda, że dopiero wtedy jak stanęły na krawędzi wymarcia, ale lepiej późno niż wcale. To właśnie tu w 1987 roku założono Centrum Badawczo-Rozrodcze Pandy Wielkiej, jako, że góry Syczuanu są jednym z 3 miejsc na świecie, które upodobały sobie do życia te rozkoszne miśki.  A jako, że pozostałe 2 miejsca też leżą na terenie Chin, mieszkańcy Kraju Środka z dumą obrali sobie biało-czarną kulkę futra za swój symbol (prawie jak ying-yang!) i postanowili zrobić wszystko, aby ocalić pandy. Samo miasto też dokłada starań aby nikt nie zapomniał, co jest jego największą chlubą i atrakcją - motyw pandy jest wszędzie! A my właśnie specjalnie przyjechaliśmy do Chengdu zobaczyć na własne oczy ten puszysty skarb Chin, póki jeszcze leniwie człapie po świecie… 

Z informacji praktycznych: Centrum Badawczo-Rozrodcze leży godzinę jazdy od centrum i zawożą do niego pando-busy 198 i 198a ze stacji metra Dong Wu Yuan Station. Bilet wstępu kosztuje 58 juanów/os. Najlepiej przyjechać jak najwcześniej, bo pandy najaktywniejsze są w okolicach karmienia czyli ok. 9:00 - 10:00 rano, potem już tylko kima i chillout w zaroślach… Na zwiedzanie warto sobie przeznaczyć pół dnia, ze względu na rozmiary i ilość atrakcji parku oraz tłumy odwiedzających. 

Teren centrum jest ogromny i zalesiony bambusowymi zagajnikami - postarano się jak najlepiej odtworzyć środowisko naturalne pand. Dzięki temu już sam spacer po terenie jest przyjemnością, a każdy misiek ma swój spory wybieg i kojec, gdzie może się schronić jak jest za gorąco albo zmęczy go widok ludzi (pandy lubią temperaturę poniżej 20 stopni, więc w kojcach mają klimatyzację, a jak jest fala upałów to nawet bloki lodu na których sobie leżą.) My byliśmy w parku koło południa i niestety większość pand już spała odwrócona białą dupką do publiczności lub niemrawo żuła porozrzucany na platformach bambus.  

Generalnie nie są to najbardziej dynamiczne zwierzęta na świecie ;)  Ale i tak zobaczenie pandy na żywo było dla nas dużym przeżyciem! Byłoby pewnie jeszcze większym i piękniejszym gdyby nie tłok… Wszędzie gdzie tylko biało - czarna plama była choć trochę lepiej widoczna wśród drzew, od razu zbierał się tłum. Na szczęście pandy są chronione nie tylko barierkami, ale też głębokim rowem między chodnikiem, a granicą wybiegu. Nie powstrzymało to jednak kretyńskich incydentów w innym centrum, gdzie turyści rzucali w pandę kamieniami żeby się ruszała… 

Mogą się wydawać słodkimi leniuszkami, ale niestety prawda jest taka, że jedzony przez nie bambus nie zaspokaja zapotrzebowania kalorycznego tak dużego miśka, a żeby było gorzej to trawią go tylko w 17%! Taka panda żeby w ogóle żyć musi zjeść ok. 40 kg bambusa dziennie! One nie są leniwe, tylko naprawdę nie mają energii na nic innego niż jedzenie i spanie. Mówi się, że natura nie popełnia błędów, ale analizując sytuację pand ciężko oprzeć się wrażeniu, że niestety, ale chyba jednak przegrały w loterii ewolucyjnej albo ktoś sobie z nich okrutnie zakpił (Matko Naturo, jak mogłaś?) Po pierwsze są uzależnione od jednego rodzaju pokarmu (co prawda jedzą też inne rzeczy, ale sporadycznie i raczej jako przysmaki niż główny posiłek), po drugie pokarm ten czyni z nich ospałych leniuchów, niechętnych nawet do rozmnażania, a nawet jak już do pandziej randki dojdzie, to okres płodności jest tak krótki, że szansa na pandziątko przypomina wygraną w totka. 

Pandzie mamy z młodymi mają specjalne oddzielne kojce. 

A mimo to dzięki staraniom tutejszych naukowców, na świat przyszły aż 184 małe pandy! Gdy centrum zaczynało swoją działalność mieli tylko 6 pand… a populację żyjącą na wolności szacowano na marne kilkaset osobników. Dziś świat odetchnął z lekką ulgą, bo populacja powoli, ale rośnie - chińskie centra badawcze są ostatnią deską ratunku, a ich największym sukcesem było oficjalne zdjęcie pand z listy gatunków skazanych na wyginięcie. Czy to znaczy, że pandy są bezpieczne? Nie, w 2016 roku zmieniły tylko status z ,,krytycznie zagrożone" na ,,narażone" - ale światełko w tunelu jest! Szacuje się, że na wolności żyje obecnie ok. 2000 pand, z czego część narodziła się w ośrodkach badawczych. Program reprodukcji pand może i działa powoli, ale działa - dobra robota Chengdu! Trzeba jeszcze tylko lepiej chronić górskie lasy bambusowe, bo to ich wycinka jest główną przyczyną wymierania pand…

 

Inne atrakcje Chengdu

Ogród poezji

A skoro już jesteśmy przy bambusach, to można je podziwiać nie tylko w Centrum Badawczym. Wangjiang Pavalion Park słynie z eleganckiego ogrodu ze 150 gatunkami bambusów i jest jednym z trzech słynnych kulturowych zabytków miasta, tym ciekawszym, że dedykowanym kobiecie - poetce Xue Tao, z czasów dynastii Tang. Ponieważ w przeszłości kobiety nie miały żadnego statusu społecznego, historia Xue Tao jest tym bardziej fascynująca. Xue Tao żyła na przełomie VIII i IX wieku i była córką niskiego rangą urzędnika. Niestety po jego śmierci rozpoczęła karierę kurtyzany aby utrzymać siebie i matkę. Szybko jednak jej uroda, cięty dowcip i talent poetycki przyciągnęły rzeszę wielbicieli wśród artystów i wyższych warstw społeczeństwa, w tym lokalnego gubernatora prowinicji, który uczynił ją swoją osobistą konkubiną i sponsorował jej działalność literacką. Poetka zostawiła po sobie ok. 500 utworów, ale do naszych czasów zachowało się tylko ok. 100.

Obrotna Xue zaprojektowała i produkowała również specjalny, delikatny papier, który służył wyłącznie do zapisywania poezji. Pod koniec życia zamieszkała w odosobnieniu na terenie dzisiejszego parku, gdzie oddawała się produkcji papieru i medytacjom, co uczyniło ją świętą w oczach lokalnej ludności. Współcześni tak ją uwielbiali, że po jej śmierci założono wokół jej domu istniejący do dzisiaj bambusowy ogród, ponieważ poetka darzyła te rośliny szczególną sympatią. Jej sława chyba naprawdę będzie trwała wiecznie, skoro tysiąc lat po jej śmierci dobudowano wieżę obserwacyjną Chongli oraz pawilony w klasycznym stylu chińskim na jej cześć, które stały się wizytówką miasta i miejscem inspiracji poetów. 

Wstęp do parku jest bezpłatny, ale do części historycznej gdzie znajdują się pawilony, wieża i rekonstrukcja domu i warsztatu Xue Tao obowiązuje bilet wstępu - 20 RM/os.  Sporo, ale dla iście poetyckiego uroku tego miejsca, uważamy, że warto. Spacer wśród kunsztownych budynków i bambusowych zagajników dostarczył nam wiele radości i przypominał prawdziwą podróż w czasie, zwłaszcza, że wszędzie widzieliśmy Xue Tao! Chinki uwielbiają się przebierać w tradycyjne, pasujące do scenerii stroje, dzięki czemu mogliśmy poczuć się jak na planie filmy ,,Przyczajony tygrys, ukryty smok", a lokalne dziewczyny jak średniowieczna, dworska poetka.

 

Klasztor Wenshu

Jest drugą najważniejszą kulturową atrakcją miasta, ponieważ jest najlepiej zachowaną buddyjską świątynią w Chengdu i domem dla gromadzonych przez setki lat dzieł sztuki i relikwii (w tym ponoć palca samego Buddy.) Świątynia powstała na przełomie VI i VII wieku naszej ery i do dzisiaj wśród jej ścian słychać modły i czuć zapach kadzideł. Snując się po dziedzińcach i salach co rusz trafialiśmy na buddyjskich mnichów i wiernych oddających cześć posągom Buddy, których jest tu podobno ponad 300 - każdy wykonany z innego kruszcu. Najcenniejszym jest Budda z nefrytu, który został tu przyniesiony w 1922 roku na plecach mnicha podczas pieszej wędrówki aż z Birmy! 

Kompleks klasztorny składa się z kilku budynków zatopionych w zieleni starannie zaaranżowanego ogrodu. I jeśli mamy być szczerzy, to właśnie on zrobił na nas większe wrażenie niż świątynie i sale zgromadzeń. Lubimy narzekać na Chińczyków, jednak dbałości o estetykę przestrzeni nie można im odmówić. Teren jest dosyć rozległy, pełen oczek wodnych, w których mieszkają żółwie - chiński symbol wieczności i mądrości. Jak dla nas były główną atrakcją Wenshu - co tam malunki, rzeźby i kaligrafia! Żółwie, panie, setki żółwi! Z resztą nie byliśmy chyba jedyni, bo o barierki wybiegu opierało się z nami długo wiele osób, którzy zamiast kultury woleli kontemplować naturę.  

 

Pierwszy kryzys podróżniczy

W Chengdu spędziliśmy ponad tydzień i bez bicia przyznamy się, że głównie w wynajętym na AirBnb pokoju. Po starówkach Junnanu czy tybetańskiego pogranicza Stare Miasto Chengdu nie zrobiło na nas żadnego wrażenia. Podobnie jak opisywany w przewodnikach jako ,,must see" most Anshun, którym podobno zachwycał się sam Marco Polo - może w XVII wieku, oryginalny most miał jakiś klimat, bo ten współczesny wygląda ładnie tylko zdjęciach. Dziś znajduje się na nim ekskluzywna restauracja i mnóstwo betonowych klocków udających cegły. Nie odwiedziliśmy trzeciej najsłynniejszej atrakcji miasta - skansenu z chatką poety Du Fu, ani innych, polecanych przez naszego gospodarza czy w Internecie, miejsc. Zwyczajnie zabrakło nam sił i chęci.

Słynny most Anshun, a raczej jego ostatnia rekonstrukcja z 2003 r. - prawdziwy most zniszyczyła powódź w 1947 roku. 

Jedyną fajną atrakcją ,,starego miasta" była ta pani w tradycyjnym stroju z opery syczuańskiej. 

A może byliśmy już przebodźcowani, a zatem zblazowani? Czuliśmy, że zwiedzanie już nas tak nie cieszy i nawet nie chodzi o to, że Chengu nie ma nic ciekawego do zaoferowania, tylko, że nasze mózgi już więcej nie są w stanie przyjąć. Po ponad 8 miesiącach w podróży dopadł nas kryzys… nastąpiło przeciążenie systemu. Bogactwo i różnorodność chińskiej kultury, gigantyczne odległości i wszechobecny tłok mogą przytłoczyć czego doświadczyliśmy na własnej skórze. Potrzebowaliśmy wyciszenia i odpoczynku od nadmiaru podróżniczych wrażeń. Może dlatego najbardziej podobały nam się parki i ogrody miasta, w których znaleźliśmy ukojenie, a w komunistycznej zabudowie odkryliśmy coś bliskiego i znanego, co kojarzyło nam się z domem.   

Pomyśleliśmy, że weźmiemy przykład z pand i parę dni leniuchowania pomoże nam odzyskać utracony entuzjazm i nową siłą ruszymy odkrywać pozostałe skarby Chin. Zwłaszcza, że dwa z nich leżą tuż pod Chengdu i tylko czekały aby sięgnąć po nie łapą…znaczy…yyy…ręką.

Czy i jak pokonaliśmy kryzys opowiemy w kolejnym wpisie!

 
 
 
 
Gdzie obecnie jesteśmy?
Szukaj po tagu
Obserwuj nas na Instagramie
Polub nas na Facebooku