2019-08-15

Siedem dni w Litang

 

W drodze do Litang

Shangri La było tylko przedsmakiem tego, co czekało nas w Litang - miejscowości z którą wiązaliśmy większe nadzieje (wiemy, mieliśmy nie mieć oczekiwań). Słyszeliśmy, że jest bardziej autentyczna, mało oblegana przez turystów i można tam odnaleźć prawie niczym niezakłóconą ,,tybetańskość". Tym bardziej, że zachował się tam, długo zakazany przez władze chińskie, zwyczaj podniebnego pogrzebu - sky burial! Tybetańczycy wierzą, że dusza po śmierci ciała musi wrócić do natury, więc oddają zmarłego sępom na pożarcie aby te zaniosły duszę do nieba. Naszym marzeniem było wzięcie udziału w tej makabrycznej ceremonii, chociaż trochę głupio tak mieć nadzieję, że ktoś akurat umarł…

Z informacji praktycznych: Wsiedliśmy do autobusu (91 yuanów/os.), który zwiózł nas do Xiancheng gdzie, razem ze świeżo poznanymi Japończykami, złapaliśmy dzieloną taksówkę do Litang. Targowaliśmy się ostro, ale dziad był nieugięty… miał nad nami przewagę, bo nie miał konkurencji (miało być mnóstwo taksówek, a nie było żadnej innej!) i widział, że bez jego transportu będziemy musieli zostać na noc i czekać na poranny autobus, co nam się nie uśmiechało. W końcu zapłaciliśmy 500 yuanów za 4 osoby (chciał początkowo 600 więc sukces mały, ale lepszy taki niż żaden) i rozwalającą się hondą ruszyliśmy w góry w stronę Litang.

Już sama droga z Shangri La do Litang zapierała dech… i to dosłownie, bo jechaliśmy coraz wyżej i ryzyko choroby wysokościowej robiło się coraz większe. Miasto leży na wysokości ponad 4000 m.n.p.m, co czuliśmy z każdym oddechem… a może przez ten zachwyt brakowało nam tchu? Trasa mimo niewygód, była prawdziwym widokowym sztosem! 

 

Miasto żurawi… i sępów

W Litang oniemieliśmy - nigdy nie widzieliśmy tak krystalicznie niebieskiego nieba! Czuć było, że naprawdę jesteśmy kilka tysięcy metrów bliżej niego. Powietrze było rześkie mimo słońca, więc kolejny raz dziękowaliśmy sobie w duchu, że wzięliśmy puchówki. Zamieszkaliśmy naprzeciwko przystanku mini busów i dawnego dworca autobusowego w hoteliku Potala Inn (120 yuanów/pokój) - wiało trochę PRL'em (a w łazience dziury w ścianach zaklejone były zdjęciami ze świerszczyków), ale było schludnie i wygodnie. Nie należy sugerować się kiepskimi opiniami w internecie, bo w międzyczasie zmieniła się obsługa/właściciele hotelu i choć same wnętrza nie zostały odnowione, to nie mamy nic do zarzucenia pracownikom (no może tyle, że prawie nie mówią po angielsku :) )

Samo miasto też zaskoczyło nas swoją schludnością i nowym budownictwem utrzymanym w lokalnym, spójnym stylu. Wszędzie są małe knajpki z domowym chińskim i/lub tybetańskim jedzeniem i wypiekami, więc o puste brzuchy się nie martwiliśmy. W ciągu dnia na jedzenie wydawaliśmy ok. 50-60 yuanów na parę (choć przyznać trzeba, że zajadaliśmy się pysznymi i turbo tanimi plackami, a sporadycznie jedliśmy w knajpach).

Litang jest wyjątkowym ośrodkiem kultury tybetańskiej nie tylko ze względu na zachowane obrzędy pogrzebowe, ale też jako miejsce urodzenia poprzednich Dalajlamów i kilku innych świętych mężów. Na początku XVIII wieku umierający VI Dalajlama napisał wiersz, w którym prosi ,,białe i czyste żurawie" aby użyczyły mu na chwilę skrzydeł by mógł polecieć do Litang i z powrotem. Odczytano to jako przepowiednię, że w Litang narodzi się następne wcielenie i rzeczywiście po jego śmierci wybrano lokalnego chłopca na Dalajlamę VII. 

Żuraw stał się więc symbolem miasta, a jego motyw można odnaleźć nawet na latarniach miejskich i na wszelkich tablicach informacyjnych. Zabytkowy dom, w którym narodził się Dalajlama VII jest dziś główną atrakcją turystyczną miasta razem z XVI-wiecznym buddyjskim klasztorem Chode Ganden Thubchen Choekhorling stojącym na wzgórzu górującym nad miastem. Ale Litang ma jeszcze parę innych asów w rękawie, co uczyniło go jednym z najwspanialszych miejsc jakie odwiedziliśmy w trakcie naszej podróży.

 

Atrakcje Litang

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od spaceru na stare miasto, gdzie znajduje się dom dawnego Dalajlamy. Już pierwsze kroki wśród tradycyjnych domów uświadomiły nam, jak różni się to miejsce od wcześniej widzianych starówek - nawet tej rzekomo tybetańskiej w Shangri La. Nie ma tu żadnych sklepików z pamiątkami i knajp. Domy nie są w chińskim stylu - zamiast drewna króluje surowy kamień, który lepiej chroni przed wiatrem i zimnem. Nie zobaczy się też kiczowatych ozdób i kwietników, za to są oryginalne ornamenty na prostych w kształcie domach i suszące się wszędzie łajno jaków, które służy jako opał i izolacja… 

W tej piaskowo-bordowej scenerii jedynymi żywymi kolorami są chorągiewki modlitewne i misternie zdobione drzwi. Na ulicach mijali nas mieszkańcy w tradycyjnych strojach życzliwie wołając do nas "Tashi Delek!" (tyb. Witaj!) Mimo ruchu ulicznego i codziennej krzątaniny, w miasteczku czuć było swojskość i spokój, a już widok pasących się między budynkami małych jaków i koni kompletnie nas rozczulił. Zdaliśmy sobie sprawę, że w końcu trafiliśmy do miasta, które jest dla mieszkańców, a nie dla turystów! Zresztą przez cały pobyt nie spotkaliśmy ani jednego białasa… 

Wiemy, że może to dziwnie zabrzmi, ale było też coś westernowego w klimacie tych ulic. Może to przez otaczającą miasto trawiastą przestrzeń, może pasące się olbrzymie stada krów i piaszczyste uliczki, a może to mężczyźni ubrani w kapelusze, kaftany i buty z wysokimi cholewami, którzy wyglądali jak stepowi, azjatyccy kowboje, ale nie mogliśmy się pozbyć wrażenia, że to prawdziwy Dziki Wschód… 

Kolejnym miłym zaskoczeniem był też sam dom Dalajlamy VII. Jako, że jest również celem pielgrzymek, spodziewaliśmy się okazałej świątyni, a okazał się prostym domem pomalowanym tylko na rytualne kolory bieli, czerwieni i złota. Przez chwilę nawet krępowaliśmy się trochę wchodzić do środka, bo na podwórzu panowała taka krzątanina jakby nadal ktoś tam mieszkał. Zachęceni jednak gestem ręki jednego z mężczyzn, weszliśmy nie wzbudzając niczyjego niepokoju czy choćby zainteresowania. Niestety dalej nie wiedzieliśmy trochę jak się zachować, bo główna część domu - wielka sala z ołtarzem, okazała się przytułkiem, a przynajmniej tak wyglądała. Na podłodze wśród tobołków i stert pościeli leżało mnóstwo ludzi, uniemożliwiając nawet przejście więc wycofaliśmy się stamtąd czym prędzej aby ich nie krępować swoją obecnością. W pozostałej części nie ma zbyt wiele do oglądania - większość pomieszczeń jest pozamykana, ale samo obcowanie z oryginalną tybetańską architekturą i atmosferą tego miejsca jest warte wizyty, zwłaszcza, że wstęp jest darmowy.   

Idąc wzdłuż głównej ulicy miasta prędzej czy później trafi się do Chorten Karpo - białej pagody. Nie jest to turystyczna świątynia, więc z rozbawieniem przyjęliśmy, że to my staliśmy się tam atrakcją. Wierni ciekawsko się nam przyglądali, a dzieci podbiegały chcąc przybić piątkę. Zostaliśmy również poinstruowani aby trzykrotnie obejść główną stupę dookoła, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, okręcając po drodze wszystkie młynki. Zadbaliśmy więc o naszą karmę, ale co ważniejsze, mieliśmy okazję choć przez chwilę uczestniczyć w codzienności zwykłych Tybetańczyków idąc wraz z nimi w mini procesji. 

W pagodzie znajduje się również pięknie zdobiony/rzeźbiony młynek modlitewny, który rozmiarem tylko trochę ustępuje temu z Shangri La . Jest olbrzymi! I tym razem udało nam się zakręcić młyniskiem (ten w Shangri La był za ciężki!) z pomocą dwóch buddyjskich mnichów i paru wiernych, którzy akurat byli w świątyni. Biała pagoda nie jest specjalnie zabytkowa ani nie łączy się z nią żadna (znana) historia, ale jest świetnym miejscem aby zobaczyć i doświadczyć religijności Tybetańczyków w swobodniejszej atmosferze. Spędziliśmy tam dobrą godzinę spokojnie sobie wszystko oglądając i fotografując, co rzadko jest możliwe w zatłoczonych i ciemnych świątyniach czy klasztorach. 

Podobną frajdę sprawiła nam przypadkowo odkryta świątynka w okolicach starego miasta. Weszliśmy tam wiedzeni przeczuciem, że spotka nas tam coś niezwykłego. I nie zawiedliśmy się! Wystarczyło przekroczyć próg bramy, aby poczuć się jak w innej epoce. Otoczone młynkami podwórze czasy świetności na pewno miało już za sobą, ale to tylko dodawało mu klimatu. Złuszczona farba, popękane drewno, mistyczne symbole, kurz i półmrok… tego nam było trzeba!

Stąpaliśmy ostrożnie wśród rytualnych młynków i czerwonych kolumn, nie wiedząc czy w ogóle możemy tu przebywać - poza nami nie było nikogo, co było krępujące i podniecające zarazem. Kolorowe obrazy i chorągwie praktycznie zasłaniały światło słoneczne, czyniąc wnętrze świątyni jeszcze bardziej tajemniczym.  

Wizyta w świątynce to kolejny przykład, że w Litang można doświadczyć autentycznej kultury - bez komercji, bez spłycenia i sztucznego upiększenia. Mimo usilnych starań władzy, Tybetańczycy kultywują swoje tradycje, co widać na każdym kroku - zarówno w wyglądzie ulic jak i samych mieszkańców. Trudno się dziwić - to właśnie w Litang działa najsilniej ruch oporu i to tutaj zaczęło się w latach 50' krwawo stłumione, antychińskie powstanie. Krnąbrni mieszkańcy do dziś podkreślają swoją odrębność tak jak mogą ( bo np. wizerunki Dalajlamy są zakazane!), co prowadzi do napięć z władzą i wzmożonej kontroli tajnych, chińskich służb bezpieczeństwa. Litang jednak nie poddaje się i mamy nadzieję, że rosnący ruch turystyczny (i polityka osiedlania etnicznych Chińczyków aby zdominowali Tybetańczyków) nie zniszczy wyjątkowego charakteru tego miejsca… 

 

Sky burial

O zawziętości lokalsów chyba najbardziej świadczy, że mimo prześladowań i represji nadal praktykują Podniebny tudzież Powietrzny Pogrzeb. Tradycja pozostawiania zwłok na pożarcie sępom (lub innym padlinożernym zwierzętom) jest popularna na terenach, gdzie kremacja jest zbyt kosztowna (bo brakuje drewna na opał), a pochówek niemożliwy (ziemia jest wiecznie zmarznięta i skalista) - czyli właśnie w Tybecie, ale też w Mongolii, w dawnej Persji i w niektórych częściach Indii. Tybetańczycy wierzą, że ofiarowanie ciała zmarłego naturze jest aktem szczodrości i miłosierdzia dla innych potrzebujących istot. Hojność i współczucie są ważnymi cnotami w buddyzmie, więc stając się pożywieniem spełnia się niejako ostatni dobry uczynek. Sępy zanoszą wtedy duszę do nieba, gdzie czeka na kolejne wcielenie.

Komuniści starali się wyplenić ten zwyczaj jako zabobonny, stał się więc całkowicie zakazany w latach 60' XX, ale dziś Tybetańczycy mogą go swobodnie praktykować, a nawet stał się lokalną (choć kontrowersyjną) atrakcją turystyczną. Nie będziemy ukrywać, że przyjechaliśmy do Litang głównie ze względu na ten obyczaj. Uwielbiamy wszelkie kulturowe gratki, byliśmy ciekawi jak przebiega taki pogrzeb i jak zareagujemy na widok rozszarpywanego ludzkiego ciała (takie małe zwyrole z nas.) Liczyliśmy, że tak jak w Tana Toraja będziemy mieć farta i akurat trafimy na pogrzeb, ale nie mogliśmy mieć pewności, co trochę nas martwiło. Na miejscu okazało się, że niepotrzebnie…

Z informacji praktycznych:  W Litang  odbywają się wszystkie tybetańskie pogrzeby z całej okolicy, w każdą środę i piątek ok. 7:00 rano. Mieszkańcy są przyzwyczajeni, że przychodzą na nie turyści, nie mniej trzeba zachować podstawowe zasady kultury osobistej i szacunku, przede wszystkim nie podchodzić zbyt blisko, a po drugie nie robić zdjęć (przyznajmy się, że my parę zrobiliśmy, ale dyskretnie i z daleka.) Wzgórze na którym odbywają się pogrzeby znajduje się pod miastem, ale na tyle blisko, że można spokojnie dojść tam na piechotę (z resztą całe Litang jest tak małe, że zwiedza się je z buta) - lokalizacja oznaczona jest nawet na mapach Google, a poza tym łatwo je rozpoznać nawet z daleka, bo zawsze latają nad nim sępy…

My wybraliśmy się na pogrzeb z przewodnikiem. Swoje usługi zaoferował nam Longlife (tel: 18283661882, wechat: longlife868), który kiedyś prowadził najbardziej znany guesthouse, a teraz jest lokalnym przewodnikiem po Litang i pobliskim parku narodowym góry Genie, do którego zabrał nas potem na dwudniową wycieczkę. Najpierw jednak wprowadził nas w tajniki tybetańskiej obrzędowości, towarzysząc nam na pogrzebie.

 

Przebieg pogrzebu

Ceremonia rozpoczyna się od ułożenia, owiniętych w białe, sukno zwłok na zboczu wzgórza. Sępy już wiedzą co się święci, więc zlatują się stadami i zajmują strategiczne stanowiska. Niektóre trzeba nawet odpędzać, ale generalnie byliśmy zadziwieni, że są takie cierpliwe i grzeczne. Nad zwłokami modlą się zaproszeni mnisi z lokalnym dostojnikiem. Modły i święcenia trwają dosyć długo i jest to część pogrzebu podczas której lokalsi nie tolerują obecności turystów. Dlatego całą tą scenę obserwowaliśmy z samochodu.

Dopiero gdy mnisi wstają i odchodzą, a wokół zwłok zbierają się mężczyźni by przygotować ciało do żeru, jest to znak, że można podejść bliżej. Wysiedliśmy z samochodu i stanęliśmy na zboczu, ale na tyle daleko, żeby nie przeszkadzać i nie widzieć makabrycznych szczegółów…

Kilku mężczyzn przebiera się w robocze kombinezony, białe sukno jest rozwijane, a nagie zwłoki nacinane lub ćwiartowane w paru miejscach, tak aby sępom łatwiej i szybciej było je pożreć. Reszta mężczyzn otacza szczelnym kordonem ciało aby odpędzać coraz bardziej nachalne ptaszyska i tak żeby nie było zbyt wiele widać. Co najlepsze, normalnie przy tym gawędząc, żartując i paląc papierosy… Kiedy wszystko jest gotowe, rozstępują się zostawiając wolną przestrzeń dla ptaków. Sępom nic więcej nie potrzeba, atak następuje w sekundę. Ciało pokrywa się kłębiącym, skrzekliwym stadem.

Z człowieka w parę minut zostaje tylko szkielet. Obserwowaliśmy wszystko w napiętym milczeniu. Ciężko jest opisać co się czuje w takim momencie, ale zaskoczeni byliśmy, że mimo wszystko oglądaliśmy ucztę sępów ze spokojem. Cięższy moment nastąpił potem, bo celem całego rytuału jest aby ze zwłok nie zostało nic. Mężczyźni więc znów odganiają sępy, a kilku ,,mistrzów ceremonii" miażdży siekierami kości, mieląc szczątki na papkę razem ze specjalnie przygotowaną mieszanką mąki i masła. Widok rozłupywanej czaszki albo trzymanego w rękach kręgosłupa będzie nas jeszcze długo prześladował…

Kiedy "ciasto" jest gotowe uczestnicy robią z niego kulki i rzucają sępom, a potem znów odchodzą żeby ptaki same wyjadły wszystko do czysta. Tym sposobem z człowieka nie zostaje nawet kosteczka. Pozostaje tylko posprzątać sukno, zdjąć zakrwawiony kombinezon i dopalić ostatniego papierosa… Jest to też moment gdy mężczyźni sami zachęcają żeby podejść bliżej, a nawet zagadują i stroją sobie żarty (jeden proponował Ani czy chce spróbować "ciasta" = ha ha ha very funny…)

Pierwszy raz widzieliśmy z bliska sępy, które chodziły sobie niemal obok naszych nóg - są ogromne! 

W pogrzebie nie biorą udziału bliscy zmarłego ani żadne kobiety (turystki to inny gatunek). Rodzina i przyjaciele żegnają ciało w domu, gdzie odbywają się też wszystkie ceremonie i modły. Jak nam wytłumaczył nasz przewodnik, bierze się to z przekonania, że lamet i smutek jest szkodliwy dla odejścia duszy! Ciężko byłoby rodzinie (zwłaszcza kobietom) patrzeć na to wszystko bez emocji, a pogrzeb to przecież normalne, a wręcz radosne wydarzenie. Dusza będzie w innym, lepszym miejscu, nie można więc jej przeszkadzać negatywną energią - kontynuował Longlife. 

Dla nas chyba to było najbardziej szokujące. Nawet nie fakt, że ludzkie ciało traktowane jest jak zwykłe mięso, ale właśnie, że całemu wydarzeniu nie towarzyszy żadna podniosłość ani żałoba. Mężczyźni którzy sprawiali ciało odbierali przy tym telefony, śmiali się, palili, rozmawiali… Wyglądało to trochę tak, jakby grupka facetów spotkała się pomóc koledze w remoncie, przyszli po prostu "na robotę". Podzieliliśmy się naszymi odczuciami z przewodnikiem i potwierdził, że trochę tak właśnie jest, bo dla nich ciało bez duszy jest tylko kupką mięsa, bez żadnej wartości. Śmierć jest nieodłączną częścią życia, kolejnym naturalnym etapem, a zadaniem uczestników pogrzebu jest tylko pomóc duszy go przejść. Dlatego nie ma tu miejsca na jakieś ceregiele… dusza poszła do nieba, sępy są najedzone, więc jest dobrze, nie? 

Po Tana Toraja myśleliśmy, że już nic nas nie zaskoczy, ale znów dostaliśmy lekcję pokory. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że to co oczywiste i normalne w naszej kulturze, może być zupełnie inne w drugiej. Po doświadczeniu podniebnego pogrzebu, mieliśmy refleksję, jak egoistycznie postrzegana jest śmierć w naszej kulturze - kojarzymy ją tylko ze stratą, smutkiem i strachem, bo patrzymy na nią jedynie przez pryzmat tych którzy zostają. Podczas gdy Tybetańczycy widzą w niej nową szansę dla bliskiej osoby i korzyść dla natury - czyli coś dobrego. Dla Tybetańczyków był to po prostu kolejny pogrzeb - postrzegany radośnie jako zwycięstwo życia, ale dla nas pozostanie jednym z najniezwyklejszych wydarzeń w jakich mogliśmy brać udział, które choć na chwilę zmieniło nasze postrzeganie śmierci. Właśnie ta możliwość przeglądania się w obcej kulturze jak w lustrze jest najwspanialszym aspektem podróżowania.

 

Pożegnanie  - Klasztor Chode Ganden

Po pogrzebie poszliśmy do klasztoru - z głównych atrakcji miasta, został nam tylko on. Zbudowany w XVI wieku na rozkaz Dalajlamy III przetrwał setki lat jako duchowy ośrodek lokalnej społeczności. Niestety w latach 50' został zbombardowany przez Chińczyków, bo mieściło się w nim centrum dowodzenia tybetańskich partyzantów. To co można oglądać dzisiaj jest całkowitą rekonstrukcją, z resztą jak większość buddyjskich zabytków w regionie… Wstęp jest darmowy, więc tym razem nie odmówiliśmy sobie wizyty (z reguły unikamy sztucznych rekonstrukcji, a już zwłaszcza jak są płatne - tak jak np. monastyr w Shangri La.) 

Klasztor jest wielki, ale wydawał się pusty. Liczyliśmy, że ok. 9:00 rano trafimy na zgromadzenie mnichów na dziedzińcu (podobno odbywa się codziennie mniej więcej o tej godzinie), ale nic takiego się nie wydarzyło. Za to w środku spotkaliśmy kilku sympatycznych mnichów, którzy zaprosili nas do głównej sali zgromadzeń, gdzie pierwszy raz mogliśmy obcować na żywo z tybetańskimi modłami i śpiewem. W gigantycznej sali siedziało kilkunastu mnichów, którzy nic nie robili sobie z naszej obecności, spokojnie dalej recytowali mantry i medytowali. Ich głos, odbijający się od kunsztownie zdobionych, kolorowych ścian wibrował w uszach i sprawiał, że mieliśmy ciarki na plecach. Cichutko, na palcach przeszliśmy się dookoła podziwiając święte obrazy, figury i inne dekoracje, które nadawały świątyni magiczny klimat. Spowite przytłumionym światłem wnętrze sprzyjało kontemplacji i koiło emocje, co po uczestnictwie w pogrzebie z ulgą odczuliśmy. W środku niestety nie wolno robić zdjęć, ale nie mogliśmy się powstrzymać przed chociaż jedną (dyskretnie cyknietą) pamiątką po tym niezwykłym doświadczeniu! Sala klasztoru była najpiękniejszą z dotychczas zobaczonych, gdzie mogliśmy obejrzeć (i posłuchać) sakralną sztukę tybetańską w pełnej krasie.

Szczerze mówiąc liczyliśmy, że nasz przewodnik uda się do klasztoru razem z nami i opowie nam więcej o samej konstrukcji monastyru i o tybetańskich obrzędach, jednak od nas ważniejsze okazało się… śniadanie, na które pojechał razem z naszym kierowcą, nas zostawiając samopas. Był to pierwszy zwiastun jakości naszego przewodnika, ale mimo wszystko spokojne zwiedzanie ciemnych wnętrz klasztoru wspominamy z nostalgią, tym bardziej, że był to moment pożegnania z Japonką Sayuri, którą poznaliśmy przy okazji podróży z Shangri-la.

Wizyta w klasztorze była idealnym zwieńczeniem pobytu w Litang. Zobaczyliśmy i przeżyliśmy wszystko co chcieliśmy w tym niepozornym miasteczku na południowo-zachodnim krańcu Chin. Jak się jednak mieliśmy jeszcze przekonać, Zachodni Syczuan zachwyca nie tylko tybetańską kulturą, ale i naturą co zobaczyliśmy podczas dwóch dni spędzonych w parku narodowym Góry Genie o czym opowiemy w następnym wpisie.

 
 
 
 
Gdzie obecnie jesteśmy?
Szukaj po tagu
Obserwuj nas na Instagramie
Polub nas na Facebooku