2019-01-03

Na szlaku w Bangkoku

Nasz kolejny pobyt w Bangkoku wykorzystaliśmy intensywniej niż poprzedni i odwiedziliśmy tym razem 9 atrakcji zarówno tych ,,przewodnikowych" jak i niszowych. Postanowiliśmy podzielić je na dwie relacje, tak jak różne były charaktery tych miejsc - jedne leżą na głównym turystycznym szlaku, a pozostałe poza nim. Poniżej pierwsza relacja, czyli lista 4 popularnych miejscówek, na które się skusiliśmy, a które mają status must see! w każdym przewodniku. Czy naprawdę były tego warte?

 

Flower Power!

Dominująca religią Tajlandii jest buddyzm, który nieodłącznie wiąże się ze składaniem ofiar. A integralną częścią ofiary są świeże cięte kwiaty i wiązanki. Nie powinno zatem dziwić, że tam gdzie popyt pojawiła się również podaż, która w Bangkoku przybrała postać małych lokalnych wózków - kwiaciarni oraz formę dużego całodobowego marketu kwiatowego czyli Flower Market. Market położony jest nad brzegiem rzeki, zajmuje jedną zadaszoną halę, ale stragany i stoiska rozlewają się również na okoliczne ulice. Wszystko tam tonie w multikolorowych kwiatach! Dominującym zapachem jest świeża woń jaśminu, co jest miłym odświeżającym doświadczeniem po zwykłych zapachach metropolii, na które składają się głównie smog, zapachy jedzenia i smród kanałów. Sprzedawane są kwiaty cięte -  eksponowane w pokaźnych bukietach oraz gotowe wiązanki i ozdoby dla posągów bóstw jako ofiary modlitewne. W kwiaty zaopatrują się tutaj również restauracje, hotele i zwykli mieszkańcy. Na potrzeby sprzedawców jak i zwiedzających znajdziemy też nieco straganów z jedzeniem i owocami - równie barwnymi, co te kwiatowe. Niesety byliśmy nieco zaskoczeni wielkością samego bazaru, który można obejść w każdą stronę w ok. 15 minut, więc zdecydowanie szybciej niż się spodziewaliśmy. Wiele stoisk było też zamkniętych (może wybraliśmy się za późno?). Niemniej jednak polecamy szybką wizytę jako reset zapachów jakie atakują nas każdego dnia i nacieszenie oka feerią barw i kształtów, zwłaszcza, że niektóre gatunki roślin zobaczy się pierwszy raz w życiu! Flower Market warto odwiedzić tym bardziej, że (tak jak my) można tutaj wpaść po drodze do świątyni Wat Arun. 

 

Wat Arun - świątynia zachodzącego słońca

Charakterystyczna stupa tej świątyni odcina się na Panoramie Bangkoku kiedy spoglądamy z brzegu rzeki Chao Phraya. Odmienna w swojej architekturze od innych świątyń stolicy Tajlandii polecana jest jako miejsce do podziwiania wschodów lub zachodów słońca. My także postanowiliśmy udać się tam tuż przed zamknięciem licząc na mniejszy tłok i super foty na Insta… tiaa… Na miejscu okazało się, że nie byliśmy jedynymi, którzy wpadli na ten pomysł. Przez tłymy ciężko było zrobić ładne zdjęcie. Wszyscy zwiedzający koncentrowali się na schodach i wokół stupy, bo ani do świątyni ani na stupę nie można wejść. Sama świątynia obłożona jest kolorową ceramiką, ale z dominującym białym kolorem, która robi wrażenie, ale zagęszczenie zwiedzających utrudnia spokojne podziwianie. Wspiąć na górę się nie da, nie wiemy czy to oddzielenie części świętej zarezerwowanej dla wiernych, czy po prostu próba ograniczenia zadeptywania świątyni przez tabuny ludzi. Dla nas oznaczało to brak opisywanej przez niektórych panoramy miasta, na którą najbardziej liczyliśmy. 

Nie daliśmy się jednak zniechęcić i posileni wodą z młodego kokosa pokręcilismy się po okolicy by ostatecznie przeprawić się przez rzekę promem za dwa bathy od osoby. Tam ruszyliśmy w poszukiwaniu jedzenia (trzeba mieć priorytety), co w sumie przez przypadek zaprowadziło nas na kampus uniwersytetu. Chcieliśmy tylko sprawdzić czy da się przejść przez kampus, bo mapa była nieco niejasna, a nasza ciekawość została nagrodzona food courtem dla studentów z wszystkimi daniami w przedziale 7-35 bathów (0,8-4 zł). Zamówiliśmy potrawy dobrze wyglądające na zdjęciach i... były pyszne! Od tej pory postanowiliśmy lepiej szukać tanich posiłków w przydrożnych straganach, co zaowocowało wieloma pysznymi daniami w przedziale 35-50 bathów (3,5 - 5,5 zł!). Całkiem niezły budżet za sycący posiłek w wielkiej metropolii.

 

Szpieg, który nie umiera nigdy - Jim Thompson

Jim Thompson był amerykańskim oficerem, który zafascynowany kulturą Tajlandii postanowił poświęcić jej swoje życie - dosłownie. Dzięki jego staraniom i smykałce do interesów, tradycyjna sztuka tkania jedwabiu podniosła się z kryzysu, a sam tajski jedwab podbił światowe rynki. Przyniosło to bogactwo samemu Jimowi, ale ten zamiast trwonić majątek inwestował go dalej w tajską sztukę i architekturę. Tak powstał jego słynny dom, gdzie można podziwiać zgromadzone artefakty. Sam dom też jest autentycznie tajski - Thompson sprowadził jego tekowe elementy z różnych prowincji Tajlandii i nakazał skonstruować w jedną spójną całość. Swoje działania na rzecz zachowania tajskiego dziedzictwa prowadził przez wiele lat aż do swojej tajemniczej śmierci… a raczej zniknięcia. Do dziś nikt nie wie co się stało Jimem Thompsonem. Krążą różne plotki i spekulacje, w których występują rozmaite siły -  od CIA i KGB, po zwykłych rozbójników lub partyzantów. Niektórzy utrzymują nawet, że Jim upozorował własną śmierć.  Fakty są jednak trzy - pierwszy, że Jim Thompson oprócz zakochanego w Tajlandii przedsiębiorcy był również szpiegiem, drugi, że będąc w  Malezji wyszedł na spacer po lesie i nie wrócił, a trzeci, że nigdy nie znaleziono jego ciała. Cokolwiek się stało z tajemniczym biznesmenem, jego cel został osiągnięty - kultura Tajlandii i tajski jedwab stały się popularne na całym świecie, a jego dom jest dzisiaj muzeum gdzie można podziwiać jego kolekcję.

I tutaj na scenę wkraczamy my (ale nie cali na biało) - Radek, który nie chciał tam iść, bo jest to strasznie komercyjne miejsce i Ania złakniona obcowania ze sztuką i kulturą. Niestety, Radek miał rację, bo od zwiedzających aż się roi przed wejściem, a charakter domu przypomina raczej skansen z pokazami tkania jedwabiu pod turystów. I chociaż wszystko w rezydencji jest autentyczne i piękne, charakter tego miejsca nie ma z autentycznością wiele wspólnego. Wycieczka z przewodnikiem trwała zaledwie pół h, gdzie nie było czasu aby napatrzeć się na dzieła sztuki czy kunsztowne detale. Po prostu po kolei przelecieliśmy przez wszystkie pokoje z krótkim komentarzem przewodniczki -  raz dwa i tyle. Nawet nie można było robić zdjęć, więc tym bardziej czuliśmy niedosyt i lekkie rozczarowanie (Radek triumfował…)

 

Po co jechaliśmy na Komodo?

Park Lumphini jest kolejną ze sztandarowych pozycji w przewodnikach po Bangkoku. Przyznamy się jednak od razu, że w nim nie byliśmy. Co nie wyklucza faktu, że zobaczyliśmy z bliska jego główną atrakcję - olbrzymie (do 2,5 metra) warany paskowane! Idąc wzdłuż ogrodzenia parku moża zobaczyć jak gady wylegują się dosłownie na wyciągnięcie ręki! Są naprawdę dorodne więc myślimy, że żyje się im wśród ludzi całkiem dobrze ;) Przy naszym domu też mieszkał waranek, którego podziwialiśmy każdego dnia w kanałku, ale te jaszczury przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Przekonaliśmy się jak mały jest nasz przydomowy smok, a z którego tak się cieszyliśmy… W parku Lumpihni żyje ich bardzo dużo, a w dodatku są bardzo duże i robią duże wrażenie ( #3xDuże) - w sumie nie ma po co jechać na Komodo (link) oglądać jednego, zblazowanego warana (tylko większego), kiedy w stolicy Tajlandii można podziwiać te majestatyczne gady siedząc na ławce w parku. Za darmo. Zdecydowanie przy następnej wizycie w mieście pójdziemy do parku spędzić z nimi trochę więcej czasu!

Jak się można domyślić książkowe atrakcje nas raczej nie powaliły, ale oczywiście są to nasze subiektywne odczucia. W podróży często korzystamy z różnego typu aplikacji (np. Culture Trip), śledzimy blogi i sprawdzamy opinie w Google i na TripAdvisor zanim wybierzemy się do jakiegoś miejsca. Ale zawsze ostatecznie sami decydujemy według swojej intuicji czy zależy nam na jakiejś atrakcji czy nie, traktując cudze opinie nieco z przymrużeniem oka. Mamy nadzieję, że nasze relacje będą traktowane tak samo ;)

Poza tym warto wychodzić poza schemat i szukać atrakcji, gdzie nie będzie tłumu turystów, bo Bangkok ma wiele innych asów w rękawie… ale o tym w kolejnym naszym wpisie o niszowych atrakcjach stolicy Tajlandii.

 
 
 
 
Gdzie obecnie jesteśmy?
Szukaj po tagu
Obserwuj nas na Instagramie
Polub nas na Facebooku