2025-03-06

Swojska Koh Lanta

Po imprezowych nocach i dniach na maleńkiej Phi Phi znów wylądowaliśmy na zatłoczonym promie. Kierunek -> Koh Lanta i nadzieja na spokojniejsze plażowanie. Wyspa oferuje więcej możliwości niż tajlandzka pseudo-ibiza, bo jest po prostu większa. Więcej miejsca, więcej możliwości - noclegowych, gastronomicznych, rozrywkowych, więc te wszechobecne tłumy muszą się jakoś rozproszyć, prawda?

Prawda… ?

Już w porcie ogarnęły nas wątpliwości, a po drodze do wybranej kwatery, wzrosły.  Śmieci, festyn i plakaty zapraszające na polsko-tajską walkę w stylu bieda-MMA. Jechaliśmy tuk-tukiem przez typowo azjatyckie parterowe osiedla pełne blachy i kabli. Na szczęście na horyzoncie mieliśmy obrośnięte dżunglą góry i co jakiś czas mignął za budynków czy drzew rąbek morza. Postanowiliśmy się nie zniechęcać. 

I słusznie! Nasz nocleg okazał się wiejską enklawą pełną kotów i małp, a przede wszystkim gościnności Som i jej rodziny.  Polubiliśmy ją tak bardzo, że zamiast 4 nocy zostaliśmy... 10!

 

Gdzie i jak żyć na Koh Lancie? 

Życie na wyspie koncentruje się wzdłuż zachodniego wybrzeża wzdłuż głównej drogi, która prowadzi o przystani promowej do parku narodowego na samym południowym krańcu Lanty. Po wschodniej stronie znajduje się co prawda "stare miasto", ale uwierzcie nam, że poza paroma zakątkami nie ma tam nic ciekawego. Świetne miejsce na skuterowy wypad-wycieczkę, jednak lepiej zatrzymać się tam, gdzie baza noclegowo-gastronomiczna jest bogatsza, czyli na zachodzie. Każdy znajdzie coś dla siebie od hoteli-resortów z all-inclisive tuż przy plaży, po klimatyczne, rodzinne pensjonaty i homestaye z dala od głównych dróg.  

Taką wiejską enklawą był właśnie homestay Som - kilka bungalowów pod palmami, z dostępem do wspólnej kuchni w ogrodzie, którą dzieliliśmy nie tylko z rodziną gospodarzy i pozostałymi gośćmi, ale też kotami i bandyckimi makakami. Uroki życia na tajlandzkiej prowincji: nigdy nie wiesz, czy jakiś małpiszon nie zwinie z blatu jedzenia, czy nawet pojemników na kawę tylko po to, aby ze złością zrzucić je potem z dachu. Bezczelne małe złodziejaszki lubiły też nas obserwować nas z drzew przy posiłkach troskliwe przygotowywanych przez Som.

Chętnie byśmy udostępnili lokalizację homestayu Som, ale niestety prowadzi go już ktoś inny i ponoć niezbyt dobrze :( Som i jej rodzina w trakcie pandemii zrezygnowali z tego biznesu i prowadzą teraz restaurację. Mamy nadzieję, że uda nam się ich kiedyś odwiedzić! 

Som przeczyła wszelkim stereotypom na temat muzułmańskich kobiet. Bynajmniej nie była płochym cieniem swojego męża, uwiązaną do kuchni i dzieci. To ona trzymała w garści rodzinny biznes, mówiła dobrze po angielsku i snuła ambitne plany na przyszłość. Imponowała nam swoją zaradnością, otwartością i pogodą ducha. Kiedy podzieliła się z nami, że ma problem ze stroną internetową i promocją firmy, bez wahania zaoferowaliśmy jej swoją pomoc. Radek postawił jej stronę w parę dni, ale nie chcieliśmy przyjąć od niej żadnych pieniędzy, więc zaproponowała darmowe noclegi i wycieczkę :) I tym sposobem spędziliśmy na wyspie prawie 2 tygodnie, no bo jak mogliśmy się oprzeć takiemu uśmiechowi? 

Koh Lanta jest większości muzułmańska, a nie buddyjska, więc nie zdziwił nas hiżdżab gospodyni ani jej pobożność. Chociaż buddyzm jest religią dominującą w Tajlandii i głównie stanowi o jej kulturze, to jednak około 30 % populacji południowej Tajlandii wyznaje islam.  Nie ma się jednak co martwić o swobodę na plaży czy dostęp do alkoholu - Tajowie są bardzo liberalni i wyrozumiali dla turystów niezależnie od wyznawanej religii. Bikini i szorty są normalnym widokiem, a w każdej knajpie i sklepie zafundujemy sobie melanż ;)

Zresztą zapewniła nas o tym już pierwsza wizyta na najbliższej plaży. Powitał nas widok złotego piasku i turkusowej wody oraz niekończącego się ciągu knajpek. Całe zachodnie wybrzeże jest piaszczyste, woda przy brzegu spokojna i płytka, a plaże szerokie, ale… nie aż tak ładne jak się spodziewaliśmy (niestety Indonezja nas rozpuściła pod tym względem). Rozwinięta infrastruktura turystyczna trochę odebrała im klimat, choć oczywiście można znaleźć piękne zakątki. Warto więc wypożyczyć na miejscu skuter i w ciągu dnia zmieniać lokalizacje, bo każda plaża ma do zaoferowania co innego.

 

Plaże wyspy

Po widoki i obcowanie z naturą jeździliśmy na Bamboo Beach, choć zawsze była to wizyta z nutką niepokoju, ponieważ grasują tam małpy. Jedna goniła Anię, jak tylko zobaczyła w jej rękach przekąski, które zabraliśmy na urodzinowy piknik...zastrzyk adrenaliny najlepszym prezentem od makaków! Na szczęście małpiszon odpuścił, jak oddaliśmy się od linii drzew;)

Bamboo Beach

Na zachody słońca i malownicze palmy woleliśmy Beautiful Beach i chociaż była to malutka plaża, to wygodnie dostępna i przez to pełna ludzi. Dlatego naszą ulubioną plażą była ukryta w zatoczce Nui Bay - można ją łatwo przeoczyć z drogi, ale dzięki temu jest właściwie pusta! Był tam tylko jeden bar zbudowany chyba ze wszystkiego, co wypluło morze albo co porzuciła okoliczna dżungla. Cisza, spokój, romantika… 

Beautiful Beach o zachodzie słońca

Zejście na Nui Beach 

Kameralna i romantyczna Nui Beach

Najczęściej chodziliśmy jednak na najbliższą nam Lanta Klong Nin. Na jej północnym końcu zawsze było zaskakująco mało ludzi, a linię brzegową urozmaicały skały, które tworzą naturalne, ciepłe "baseny". Idealna miejscówka do taplania się na leniucha, albo dla kogoś, kto podróżuje z małymi dziećmi.

Klong Nin jest duża i pełna atrakcji zarówno za dnia, jak i w nocy

Wieczorami ta sama plaża rozbłyska miriadami światełek. Wzdłuż wybrzeża ciągną się klimatyczne bary, które eksplorowaliśmy w doborowym towarzystwie Domi i Zlatana ze Why is the rum always gone. Poznaliśmy się w Singapurze, więc chętnie spotkaliśmy się jeszcze raz w Tajlandii. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że jednym z uroków nomadycznego życia jest właśnie możliwość umawiania się ze znajomymi (lub obcymi:P) w dowolnym miejscu na świecie. Dzięki naszym zaprzyjaźnionym podróżnikom nie tylko świetnie się bawiliśmy w plażowych knajpkach, ale poznaliśmy również królową wyspy… Mamę.

 

Czary - mamy

Nie wiem, od czego mamy zacząć opisywać tę kobietę. Może od tego, że jej przydrożna restauracyjka Home Made Food Restaurant (lokalizacja) bardziej wyglądała jak szałas ze slumsów, ale z jakiegoś tajemniczego powodu Zlatan i Domi postanowili do niej zajrzeć. A jak już zajrzeli, to wpadli w sidła Mamy. I pociągnęli nas za sobą - stołowaliśmy się tam razem prawie codziennie! Mimo prowizorycznych warunków gospodyni sprawiła, że chciało nam się tam wracać. Szalona Mama gotowała proste, domowe tajskie dania, na których wspomnienie łezka się w oku kręci, a ślinka cieknie z kącika ust.

Co z tego, że siedzieliśmy na surowych deskach, ściany i dach sklecone były z patyków i brezentu...

Co z tego, że kuchnia była w przydrożnym rowie (podobnie jak toaleta i reszta domu)...

Co z tego, że obsługą zajmował się jej na oko 12-letni syn, który był też naszym DJem i jeździł skuterem do supermarketu po browary dla nas...

Co z tego, że menu składało się może z 5 dań z czego zazwyczaj dostępne były dwa - curry i pad thai...

... Nic nie miało znaczenie wobec atmosfery tego miejsca i osobowości gospodyni. Mama mówiła dobrze po angielsku, a jej cięte (często sprośne!) żarty i śmiech okazały się zaraźliwe… podobnie jak skłonność do alkoholu ;) Mama nie wylewała za kołnierz i nam też nie pozwalała gdy nas częstowała (albo bezwstydnie częstowała się naszym - w końcu mamie się nie odmawia ;)) Spędziliśmy u niej cały urodzinowy wieczór Ani, który przerodził się w jeden z lepszych melanżów w życiu. 

O humorze Mamy niech świadczą jej przechwałki, o tym jak sekretnie dokarmia koty muzułmańskich sąsiadów mięsem wieprzowym - mała psotnica ;) Chociaż relacje mieszkańców są pokojowe niezależnie od wyznawanej religii, Mama lubiła stroić sobie żarty z islamskich zakazów.

Podsumowując, Koh Lanta, mimo początkowych oporów, całkiem nam się podobała. To jedna z tych sytuacji, w których rozmiar naprawdę ma znaczenie… Wyspa jest na tyle duża, że nie czuliśmy się przytłoczeni tłumami ani hałasami. Malowniczych plaż jest wiele, więc każdy może znaleźć coś dla siebie - od takich tętniących kolorami i muzyką, po małe, pełne palm enklawy. Pierwszy raz w Tajlandii mogliśmy wczuć się w codzienność mieszkańców wyspy i poznać ją "od kuchni" (i to dosłownie!)  Jesteśmy bardzo wdzięczni Som i Mamie, że pokazały nam, na czym polega prawdziwa tajska gościnność. Po turystycznych piekiełkach w stylu Phi Phi była to miła odmiana, dzięki której nabraliśmy cieplejszych uczuć do Tajlandii.  

Som na pożegnanie przygotowała nam iście królewską ucztę ze świeżych owoców morza. Nigdy wcześniej ani później nie jedliśmy tak pysznych kalmarów! Ten wieczór, pełen ciepła i osobistych zwierzeń jest jednym z naszych ulubionych wspomnień z podróży. 

Jedyną łyżką dziegciu w tej beczce miodu była wycieczka, którą Som zaproponowała nam w ramach podziękowania za stronę internetową. Ale to już jest materiał na osobną opowieść! Dlatego jeśli ciekawi Was, czy warto inwestować swój czas, energie i pieniądze w zwiedzanie wysp wokół Koh Lanty (tzw. island hopping), to zapraszamy do drugiej części relacji. 

 
 
 
 
Gdzie obecnie jesteśmy?
Szukaj po tagu
Obserwuj nas na Instagramie
Polub nas na Facebooku