2019-10-23

Festiwal Smoczych Łodzi w Fenghuang

 

 

Dojazd z Chongqing

Najpierw jednak musieliśmy tam dojechać, co okazało się trochę skomplikowane. Z Dazu  gdzie oglądaliśmy buddyjskie rzeźby, nic nie jechało bezpośrednio do Fenghuang, chociaż wujek Google zapewniał, że jeżdżą autobusy - cenna nauczka, że Internet czasem kłamie. Musieliśmy więc jechać przez Chongqing - nowoczesną chińską metropolię, choć nie mieliśmy w planach się tam zatrzymywać. Miasto nie budziło w nas żadnych skojarzeń, nie znajdowało się na żadnej liście atrakcji turystycznych, a sami po niedawnej wizycie w Chengdu nie mieliśmy fazy na miejskiego molocha. Nie przewidzieliśmy jednak, że kupienie biletu będzie nas kosztowało niemal całodzienne jeżdżenie po mieście z dworca na dworzec i z powrotem, zanim ogarniemy ten właściwy… Wszędzie częstowano nas sprzecznymi informacjami, bo uporczywie szukaliśmy autobusu, który jak się okazało nie istnieje

Dzięki temu przynajmniej zobaczyliśmy trochę miasta, które tak nas zaintrygowało swoim nowoczesnym wyglądem, że aż postanowiliśmy kiedyś tam wrócić. Nadrzeczna panorama wieżowców, podświetlone starodawne pagody, zieleń wkomponowana w szkło i beton - miasto wyglądało bardzo futurystycznie i od razu bardzo nam się spodobał ten klimat. I tak jak zazwyczaj cykamy zdjęcia jak szaleni, tak przez zamieszanie z biletami z Chongqing nie mamy żadnego… oprócz kubka kawy w Mc'Donladzie, w którym czekaliśmy już na nocny pociąg do Jishou, gdzie nad ranem czekała nas przesiadka w autobus do Fenghuang.

 

Miasto Feniksa

Według legendy dwa feniksy przefruwając nad miastem uznały je za tak piękne, że nie chciały opuścić jego okolic… Kiedy tylko rankiem postawiliśmy stopy w Fenghuang i przetarliśmy zaspane oczy (po całonocnej jeździe pociągiem z przesiadką nad ranem) nie zdziwiło nas to ani trochę. Widok starodawnych domów nad brzegiem rzeki po prostu zwalił nas z nóg. Woda naprawdę miała szmaragdowy kolor, a jakby malowniczości jeszcze było mało, to całe miasto leży w dolinie, więc majaczą nad nim pokryte lasami góry. Już wiedzieliśmy, że warto było się tu fatygować! A żeby było jeszcze bardziej magicznie, nazwa miasta oznacza po chińsku ,,Feniks", a starówka znana jest jako "Starożytne Miasto Feniksa".

Historia miasta sięga ponoć aż 1300 lat wstecz, ale najlepiej zachowane, charakterystyczne domy, mosty i stare ogrody pochodzą głównie z XVIII wieku. Klimat miastu nadała więc architektura w stylu ostatnich dynastii Chin, a nie ,,starożytne" zabytki jak chciałaby sugerować nazwa ,,Ancient City", co oczywiście w żaden sposób nie ujmuje mu charakteru. Odwiedzających przyciąga też unikatowa kultura regionalna, ponieważ miasto jest domem dla dwóch mniejszości etnicznych Miao i Tujia, których zwyczaje, a przede wszystkim barwne stroje, są jedną z głównych atrakcji.

Żeby lepiej zrozumieć kontekst związany z nazwą miasta, należy najpierw poznać symboliczne znaczenie feniksa - nie jest on bowiem zwykłym kurakiem usytuowanym w jednej linii z gawronem, sroką czy jakimś tam bocianem… Chiński feniks nie jest też ognisto-czerwonym ptakiem jakiego znamy z europejskich przedstawień. Wizerunki feniksa zaczęły pojawiać się w Chinach już 7 000 lat temu i pierwotnie ten tajemczny ptak był totemem dla szczepów zamieszkujących wschodnie tereny Kraju Środka. Być może nawet sam feniks nie jest aż tak mityczny jak się nam wydaje, bo niektóre teorie sugerują, że związane z nim wierzenia i artefakty, wzięły swój początek od dużego (podobnego do strusia) ptaka, naprawdę występującego w czasach prehistorycznych na terenie Chin. 

Dawniej chiński fenghuang  przedstawiany był jako ptaszysko mające dziób koguta, czoło kury, głowę jak jaskółka, szyję pokrytą wężową łuską, pierś gęsi, zad jelenia i ogon ryby, a do tego wszystkiego na grzbiet zarzuconą miał skorupę żółwia… Tym, którym opis skojarzył się z kilkoma polskimi politykami mogą mieć nieco racji, gdyż samym Chińczykom dosyć potworny mix z biegiem lat zaczął nie pasować do niebiańskiego stworzenia. W ciągu mijających stuleci feniks przeszedł zatem swoisty rebranding i dziś pokazywany jest po prostu jako połączenie wielu ptaków (ale bez GMO!).

Fenghuang umieszczony na domu jako dekoracja symbolizuje też lojalność i szczerość jego mieszkańców.

Feniks jest ważnym symbolem w kulturze chińskiej, bo jest uosobieniem mocy nieba i żeńskiego aspektu natury - yin. Często przedstawiany jest więc w parze ze smokiem (męski aspekt natury - yang), co symbolizuje parę cesarską i harmonię nie tylko między małżonkami, ale w całych Chinach i naturze. Ptak w tym duecie reprezentuje cesarzową i wszystko co kobiece. Dlatego też motyw feniksa do dzisiaj obecny jest m.in. w biżuterii i stroju chińskiej panny młodej. W Fenghuanag motyw feniksa wprawne oko może dostrzec w wielu miejscach - od posągów, przez rzeźby i malunki na ścianach domów, po wszelkiej maści i odmiany pamiątki i gadżety. Polowanie na wizerunki ptaszyska może być sposobem na urozmaicenie zwiedzania samego miasta, choć i bez tego atrakcji mu nie brakuje.

 

 Magia rzeki

Co sprawia, że miasto ma taki klimat? Łatwo uwierzyć, że to sprawka magii, bo w Fenghuang mimo turystycznej popularności, czuliśmy sielski spokój miejsca, gdzie mieszkańcy żyją swoim własnym rytmem. Życie codzienne od stuleci związane jest jednak z rzeką i to ona jest tętniącym sercem społeczności. Z przyjemnością oglądaliśmy facetów łowiących ryby, kobiety robiące pranie prosto nad brzegiem, czy handlarzy owoców w tradycyjnych kapeluszach kręcących wśród wąskich uliczek (zapał do kupowania owoców nieco nam zelżał po tym jak zobaczyliśmy, że sprzedawcy polewają owoce wodą prosto z rzeki). Cały nowoczesny pęd Chin gdzieś prysnął, mogliśmy więc obcować w pełni z duchem miasta, w którym czas się jakby zatrzymał. Nawet nieco kiczowate koła wodne obecnie pełniące jedynie funkcję dekoracyjną paradoksalnie pomagają w tej podróży w czasie, w którą tak chętnie co dzień się wybieraliśmy.

Swojskie życie codzienne Chińczyków czuliśmy z resztą od razu po przyjeździe, bo sami zamieszkaliśmy w starym, chińskim domu bardzo blisko starówki i rzeki, prowadzonym przez tutejszą rodzinę. Mieliśmy pełną świadomość, że jesteśmy w turystycznym miejscu i to tuż przed wielkim świętem, ale lekko obskurny wygląd naszej okolicy, lokalne knajpki i krzątający się sąsiedzi szybko pozwolili nam o tym zapomnieć.

Urok uliczek

Nie zwiedzaliśmy miasta szlakiem zabytków, raczej szliśmy gdzie nas nogi poniosły, zaglądając w różne zakamarki i bramy. Największe wrażenie robiły na nas drewniane domy na palach wbitych prosto w rzekę oraz kamienne alejki, pełne straganów i sklepików z dziwacznym asortymentem - często niestety żywym… Całość sprawiała wrażenie lokacji dopiero co wyciągniętej z gry komputerowej, bo ciemne i wąski uliczki z powodzeniem mogłyby być scenografią egzotycznie azjatyckiego Wiedźmina.

Nad chodnikiem gdzieniegdzie unosił się zapach smażonego ,,stinky tofu" (wyobraźcie sobie, że smażycie końską kupę) wymieszany z wonią świeżo upieczonych, fasolowych ciasteczek - mieszanka tylko dla koneserów kuchni chińskiej! Niestety my momentami wymiękaliśmy… Schronienia na szczęście udzielały sąsiednie uliczki, gdzie za sprawą sznurów lampionów i tradycyjnych domów, czuć było już tylko starochiński klimat, a ten chłonęliśmy zachłannie… Podobnie jak widok mieszkańców grających na luzie w gry planszowe czy gawędzących na niskich stołeczkach.   

Zastanawiało nas, na ile lokalni mieszkańcy dobrze ukrywają irytację, a na ile rzeczywiście zupełnie nie zważają na wszechobecnych turystów. Być może przyzwyczajeni do nieco innych standardów przestrzeni osobistej i definicji "tłumu" w Państwie Środka, dla lokalsów kolejne fale turystów rzeczywiście nie są żadnym problemem.

Warto jednak przy tym zaznaczyć, że nie wchodziliśmy do domów i pałaców, reklamowanych jako znaczące atrakcje miasta, gdyż pomimo braku biletu do samego miasta, wstęp do poszczególnych budynków jest dalej płatny - często niemało. Zupełnie nam to jednak nie przeszkadzało. Chłonęliśmy klimat miejsca i spójną architekturę całego starego miasta, z rozbawianiem odkrywając niekiedy kuluary w postaci zrujnowanych placów, tandetnych dekoracji czy prowizorycznie zasłoniętych śmietników. Napotykanie drobnych skaz na wizerunku miasta nie odbiera zwiedzaniu uroku, a wręcz dodaje nutki specyficznej chińskiej autentyczności. 

 Czar folkloru

Podobało nam się, że starówka nie jest podzielona na żadne biletowane strefy (choć jeszcze kilka lat temu wstęp na nią był płatny), a pomiędzy dawne świątynie i rezydencje powpychane są średniowieczne kamieniczki i domy zwykłych ludzi. Nie ma tam też nadmiaru sztucznych upiększeń - tradycyjna architektura i naturalna swojskość bronią się same. A wrażenie autentyczności pogłębiał jeszcze widok przedstawicielek lokalnej mniejszości etnicznej - Tujia w charakterystycznych, czarnych turbanach. Językowo bliżej im do Tybetańczyków i Birmańczyków, niż do Chińczyków. Tujia znani są ze swoich umiejętności śpiewania i komponowania pieśni oraz tradycji tańca zbiorowego, ale ich prawdziwym skarbem jest bogato zdobiony brokat - produkt tak cenny, że zastępował dawniej pieniądze oddawane w hołdzie dworowi cesarskiemu. Codzienny strój może nie robi tak wielkiego wrażenia jak ceremonialny, ale sam fakt, że można jeszcze spotkać panie w ludowych ubraniach na ulicy dodaje całemu miastu unikatowości.

Fenghuang należy do Autonomicznej Prefektury Xiangxi, miejsca zamieszkania dwóch mniejszości etnicznych - Tujia i Miao. Zarówno Tujia jak i Miao posiadają własny język, kulturę i tożsamość, chociaż zamieszkują tereny Chin od tysiącleci. Może nie dali się tak łatwo zasymilować Chińczykom, bo są jednymi z największych mniejszości - każda liczy ok. 8-9 milionów osób, z czego Miao ma jeszcze wielką diasporę w sąsiednich krajach. Bowiem Miao, to nie kto inni, jak nasi starzy znajomi z Wietnamu -  Hmongowie!

Dziś Miao cieszą się uznaniem i względną autonomią, ale jeszcze w XIX wieku byli grupą mocno prześladowaną za wzniecenie powstania przeciwko Chińczykom… właśnie w Fenghuang! To z tego regionu uciekły miliony Hmongów, którzy znaleźli schronienia w górach Wietnamu, Laosu, Tajlandii czy Birmy. Dziś na ulicach starego miasta słychać więc ironiczny chichot historii, bo niezwykle kunsztowne stroje Miao stały się bardzo popularną atrakcją turystyczną i Chinki dosłownie zwariowały na ich punkcie.

Przyznamy szczerze, że zupełnie się temu nie dziwimy. Haft Miao i ich srebrna biżuteria są delikatne i piękne, co czyni strój bardzo efektowym. Barwy i wzory różnią się w zależności od regionu i klanu, ale wszystko - od czapek, kołnierzy i mankietów po spódnice - jest niezwykle kolorowe i skomplikowane. Kobiety Miao budzą więc taki zachwyt, że Chińczycy nazywają je ,,wróżkami".  Znów mogliśmy się poczuć jak na planie filmowym, bo po całym mieście paradowały zastępy turystek ubranych w odświętne stroje Miao... Przecież każda choć raz chciałaby być wróżką, prawda? 

Wielokolorowy, bogato zdobiony strój Miao.  

Ceremonialny, czerwony strój Tujia. 

Jednak prawdziwe, misternie haftowane suknie i ciężkie srebrne korony zakładane są przez Miao i Tujia tylko na ważne rodzinne i narodowe ceremonie (oryginalna biżuteria i korona mogą ważyć nawet 10-15 kg… raczej nie chodzi się w tym na co dzień.) Wśród uliczek starówki pełno można znaleźć więc wypożyczalni strojów, gdzie czekają idealne instagramowe stylizacje… Zabawne, że kultura, którą jeszcze niedawno chciano zniszczyć, teraz jest masowo uwieczniana na milionach chińskich selfie i promowana jako chluba prowincji…

Spacery umilały nam też dziewczyny poprzebierane w inne, tradycyjne stroje np. dworskie. Nie ukrywamy, że trochę nas bawi takie specjalne przygotowanie się do zwiedzania i traktowanie każdej historycznej scenerii jako tła do wyreżyserowanej sesji. Obawiamy się, że w całym przedsięwzięciu nie chodzi ani o klimat ani o historię danego miejsca, a właśnie o jego potencjał social mediowy… Ale z drugiej trochę im tej mody na przebieranki zazdrościmy (znaczy Ania zazdrości, bo Radek jakoś się nie widzi w księżniczkowych fatałaszkach). Jest coś luzackiego i fajnego w ich podejściu do swojej (i cudzej) kultury - chcą i potrafią się nią bawić… A przy tym, przyznajcie - naprawdę super wychodzi na zdjęciach! Wyobrażacie sobie w Polsce np. na stroje łowickie lub sarmackie kontusze, tłumnie noszone na starówkach Krakowa czy Warszawy? My też nie! Ale abstrahując od historycznej poprawności czy swoistej komercjalizacji, jest coś niezwykle pociągającego w dystansie do szeroko rozumianej kultury, która dosłownie wychodzi z muzeów na ulice.

Urzekło nas, że między murami pamiętającymi dynastie Ming i Qing (XIV-XX w.) nadal toczy się normalne życie. Starówka Fenghuang nie została zmieniona w skansen dla turystów, chociaż była ich pełna - z czego oczywiście przebierańcy najbardziej rzucali się w oczy. A dziwiło nas nawet, że jak na warunki chińskie, turystów i tak nie ma zbyt wiele. Często w zaułkach byliśmy sami, a przecież wielkimi krokami zbliżało się ważne święto - Festiwal Smoczych Łodzi. Nie wiedzieliśmy, że ten pozorny spokój był tylko ciszą przed burzą…

 
Festiwal Smoczych Łodzi

Historia

Byliśmy zajarani na maxa, że trafiliśmy na obchody festiwalu i to jeszcze nad rzeką, w tak magicznym mieście! Festiwal Smoczych Łodzi jest jednym z trzech najważniejszych świąt chińskich - obok Nowego Roku i Festiwalu Środka Jesieni. Trwa trzy dni i rozpoczyna się piątego dnia piątego miesiąca księżycowego, co oznacza, że jest świętem ruchomym i wypada zazwyczaj w czerwcu.

Istnieje parę wersji historii pochodzenia święta. Najpopularniejsza (i najmłodsza) mówi o poświęceniu starożytnego poety i polityka Qu Yuan'a, który ponad 2000 lat temu utopił się w rzece w akcie rozpaczy nad wojenną polityką państwa, której był przeciwnikiem. Mieszkańcy okolicznych wiosek, wstrząśnięci jego czynem, wypłynęli swoimi najszybszymi łodziami, licząc, że może uda im się go uratować. Wrzucano przy tym do wody ryżowe kulki aby ryby nie zjadły ciała czcigodnego poety. Niestety wszystko nadaremnie… Do dziś w rocznicę śmierci Qu Yuan'a organizowane są więc w całym kraju wyścigi łodzi, aby upamiętnić jego patriotyzm, a świątecznym przysmakiem stały się ryżowe pierożki zongzi, na pamiątkę tych wrzucanych do rzeki. 

 Tak naprawdę, święto jest o wiele starsze niż historia Qu Yuan'a. Właściwie, zwyczaj jest tak stary, że na przestrzeni kilku tysiącleci (!) powstawało i zanikało kilka wersji mitów skąd się właściwie wziął. Faktem pozostaje, że smoki od zarania dziejów były totemem chińskich plemion, a ich moc zawsze związana była z żywiołem wody. Podejrzewa się więc, że festiwal pierwotnie dotyczył bóstw wodnych i kojarzonych z nimi magicznych stworzeń. Piąty dzień piątego miesiąca księżycowego uważano za szczególny, zbierano więc tego dnia zioła, zażywano leczniczych kąpieli i zbierano się nad wodą aby zapewnić sobie przychylność duchów-smoków, co już tysiące lat temu przybrało formę wyścigów. I tak przez wieki festiwal nabierał kształtu jaki znamy dzisiaj. 

 

Przebieg festiwalu

Festiwal trwa trzy dni, podczas których Chińczycy spotykają się całymi rodzinami, biesiadują i zajadają specjalne, kleiste pierożki zongzi (pisaliśmy o nich przy okazji Chengdu ) i inne świąteczne smakołyki jak jajka i węgorze. Jednak tym, co rozpala emocje do czerwoności, są oczywiście wyścigi smoczych łodzi, które odbywają się pierwszego dnia festiwalu. Dziś to nie tylko ludowa tradycja, ale sport narodowy, który traktuje się bardzo poważnie. Regaty odbywają się w całych Chinach i chociaż każdy może wziąć w nich udział, często robią to profesjonalne drużyny. Zawodnicy przygotowują się więc na długo przed świętami, bo stawką jest chwała i szczęście! Zwycięska ekipa zapewnia sobie i swoim bliskim pomyślność na cały najbliższy rok i cieszy się uznaniem lokalnej społeczności.

Próba generalna na kilka dni przed festiwalem... 

Z reguły drużyna składa się z 22 osób - 20 wioślarzy, bębniarza i sternika. Tradycyjnie łodzie są długie i płytkie z rzeźbionymi w kształt smoka rufą i burtą. Zawodnicy siadają na środku w dwóch rzędach, wzdłuż boków łodzi. Na czele drużyny znajduje się bębniarz i wbrew pozorom to on ma najważniejszą rolę - nadaje rytm wioślarzom i zagrzewa do walki. Tymczasem sternik z tyłu pilnuje kierunku łodzi i bezpieczeństwa wszystkich uczestników. Jako, że nie istnieje podział na kategorie wiekowe intrygujące było dla nas oglądanie wpływu doświadczenia i techniki na wynik wyścigów. Naiwnym byłby ten, który myśli, że jak najszybsze machanie wiosłem załatwia temat. Z zaciekawieniem oglądaliśmy pozycje w jakich siedzieli zawodnicy, szybkość, głębokość czy kąt nachylenia wiosłowania, czy wreszcie skład poszczególnych ekip. Jako laicy totalnie nie wiedzieliśmy na kogo stawiać, ale emocje skandującego tłumu udzieliły się nawet tak zielonym w temacie widzom jakimi byliśmy. 

 

 Kibice roku

Nasza naiwna radość z małej ilości turystów okazała się przedwczesna… W dniu festiwalu nabrzeże dosłownie pękało w szwach! Po obydwu stronach rzeki w kilka godzin pojawiły się festiwalowe dekoracje, trybuny, namioty dla zawodników, stragany z przekąsami, tablice z punktacją i oczywiście mnóstwo pięknych łodzi. Nic nie zostało z leniwej atmosfery, którą rozkoszowaliśmy się przez pierwsze dni pobytu. Zastąpił ją agresywny Duch Igrzysk i związani z nim odwieczni towarzysze: Gwar, Tłok…i Śmieci. 

Przeciskając się przez tłumy nie mogliśmy uwierzyć, że to te same uliczki i że są w stanie pomieścić tyle osób! Tłoczący się z nami ludzie chyba też nie mogli uwierzyć, ale w to, że tam jesteśmy. Jako jedni z bardzo niewielu białych turystów wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie, a oczywiście największe Radek - najwyższy wśród kibiców. Prowadziło to do zabawnych scen, w których chińscy mężczyźni ukradkiem porównywali swój wzrost z Radkiem albo robili sobie z nim za plecami selfie radośnie rechocząc… Ciekawe komu było bardziej do śmiechu, kiedy pomimo zajętego całego brzegu, przynajmniej on jeden widział coś więcej poza morzem czarnych głów… 

 Najmłodsi kibice mieli nawet swoje nosidełko-krzesełka:)

Nie ukrywamy, że szybko sami daliśmy się porwać emocjom i żałowaliśmy nawet, że nie przyszliśmy wcześniej zająć sobie lepszych miejsc, a tak musieliśmy krążyć wzdłuż brzegu szukając w tłumie wyłomu. Najwięcej ludzi skupiało się w pobliżu mety i tam też panowały najgorętsza atmosfera, na szczęście udało nam się choć na chwilę tam wcisnąć i cieszyliśmy się jakbyśmy sami odnieśli jakieś zwycięstwo.

Smoki w akcji! 

Wyścigi odbywały się przez cały dzień w kilku seriach co ok. 2 h, więc mimo wspaniałej atmosfery, nie wytrwaliśmy do końca. Cieszymy się jednak, że dane nam było uczestniczyć w tak ważnym wydarzeniu - na chwilę poczuliśmy się częścią chińskiej społeczności, dzieląc z nimi podekscytowanie i radość. Zobaczyliśmy na własne oczy, że Festiwal Smoczych Łodzi to nie tylko rozrywka, a element prastarej, wodnej tradycji. Fakt, że mogliśmy obcować z nią w miejscu, gdzie rzeka do dzisiaj ma kluczowe znaczenie w życiu mieszkańców, tylko podkreślał symboliczne znaczenie festiwalu. Niemal mistyczne wrażenie zrobiło na nas coś jeszcze… zdaliśmy sobie sprawę, że przecież to właśnie w Fenghuang spotkają co roku dwa najważniejsze symbole chińskiej kultury - Smok i Feniks… a my mieliśmy wielkie szczęście znaleźć się we właściwym miejscu we właściwym czasie.

 

Nie dane nam było jednak w spokoju przetrawić emocji jakie w nas wzbudziła symbolika i rywalizacja Fenghuang, gdyż czekał na nas już następny punkt na mapie naszej trasy. Nim się obejrzeliśmy zmierzaliśmy autobusem do tajemniczego miejsca, gdzie rzekomo żyją niebieskie stwory z baśni (nie, nie chodzi o Smurfy!). Ale o tym więcej przeczytacie już w następnym wpisie. 

 
 
 
 
Gdzie obecnie jesteśmy?
Szukaj po tagu
Obserwuj nas na Instagramie
Polub nas na Facebooku