Zadawaliśmy sobie to samo pytanie. Decyzję, że jedziemy na Gili podjęliśmy spontanicznie – nie mieliśmy ich specjalnie w planach, zwłaszcza, że przeszła tam niedawno cała seria trzęsień ziemi. Po suchym, bezplażowym Flores zamarzyła nam się jednak kąpiel w turkusowej wodzie, więc ostatecznie podjęliśmy szaleńczą 30 godzinną wyprawę przez Sumbawę i Lombok na słynne chilloutowe Gili. Niestety z jakiegoś niewiadomego bliżej powodu loty z Labuan Bajo są absurdalnie drogie. Za trasę tej długości w Indonezji płaci się ok.100-200 PLN, tymczasem loty z Flores oscylują w okolicy 400-500 PLN. Jako miłośnicy wolnego (i taniego) podróżowania, pogardziliśmy więc samolotem z Labuan Bajo i postawiliśmy na prom. I minibus. I autobus. I znowu prom i znowu autobus. I taksówkę. A na koniec bujającą się jak łupina orzecha łódkę…
Jak zorganizować taką przeprawę?
Przekopaliśmy Internet, podpytaliśmy naszych gospodarzy i przekonaliśmy się na własnej skórze aby podzielić się tutaj tą wiedzą i doświadczeniem:
- Z Labuan Bajo do Sape odpływa codziennie ok. 9:00 państwowy prom – koszt 60k/osoba.
Bilet należy kupić w oficjalnej kasie, a nie od koników w porcie, którzy najchętniej wcisnęliby od razu bilet łączony na prom+autobus do Bimy – z tym, że nie ma żadnej gwarancji, że rzekomy autobus będzie czekał… Prom płynie ponad 6h (my płynęliśmy 7) i podróżują nim głównie lokalsi (i banany, duuuużo bananów), co oznacza, że nie ma tam żadnych wygód i trzeba przygotować się na leżenie razem pokotem wśród kiści bananów, bawiących się dzieci, szydełkujących kobiet, palących fajki facetów i grających na smartfonach w głośne gry nastolatków. Nad całością rozbrzmiewa z ogromnych głośników indodisco, które wkręca się w mózg niczym wiertarka. Co z tego, że większość pasażerów drzemie – dobra łupanina nie jest zła! Byliśmy chyba jedynymi osobami, którym najwyraźniej to przeszkadzało. No dobra był jeszcze jeden lokals, który dwukrotnie przyciszał muzykę, niestety ta po chwili znowu rozbrzmiewała w maksymalnej głośności. Gdy muzyka na promie ucichła na dłuższy moment, co przyjęliśmy z miną merdającego ogonem szczeniaczka, niezadowoleni z tego faktu nastolatkowie leżący obok nas… odpalili podobny zestaw przebojów z telefonu.
- Z Sape do Bimy odjeżdżają minibusy – koszt ok. 30k/ osoba.
Można się targować, ale 30k to dobra cena. Minibusów jest mnóstwo i nie ma się co martwić gdzie je znaleźć – od razu po zejściu na ląd podróżnych i przekroczeniu bram portu kierowcy zbiegają się ze wszystkich stron, a biała skóra działa na nich jak dodatkowy magnes. Skakali wokół nas jak małe pieski (,,Pick me! Pick me! Special price for you Mister!”) przekrzykując, kłaniając się w pas i rzucając tylko nazwy miejscowości i ceny. Wybraliśmy tego co krzyknął najmniej 😉

- Z Bimy jedzie się przez całą Sumbawę nocnym autobusem do portu w Poto Tano , gdzie następuje przeprawa promem do portu Lombok i stamtąd jedzie się przez całą wyspę do Mataram – koszt biletu łączonego 200k/osoba.
Cena może lekko przerażać, ale trzeba wziąć pod uwagę, że jest to bilet łączony port -> prom-> port Lombok-> Mataram, bez przesiadek, cały czas tym samym autokarem. A w dodatku nasz autokar był nowiutki, klimatyzowany i miał dużo miejsca na nogi:) Najtaniej jak widzieliśmy było za 170k, ale trzeba uważać, czy naprawdę bilet jest łączony i czy nie zmienia się gdzieś po drodze autobusu na gorszy… Podróż trwa ok. 15 godzin więc warto zadbać o chociaż minimum komfortu. Pomimo wyższej ceny nasz autobus był zabookowany w całości (kupiliśmy 2 z ostatnich 4 biletów). Oczywiście VIP klasa nie znaczy, że na koniec nie doładowali nam w przejściu kilka worków ryżu, na których spał przez całą drogę ich opiekun.
- Z Mataram do Bengasal jadą taksówki – koszt ok.110- 150k
Taksówka to nienajtańsza (jest jeszcze djangozny bus za 75k/osoba, ale odjeżdża tylko w określonych godzinach i jedzie ponad 3h), ale zdecydowanie najwygodniejsza opcja – na tym etapie podróży byliśmy nawet gotowi zapłacić ciut więcej (można znaleźć taxi za 110 k) i mieć od razu samochód by ruszać niemal prosto z autobusu. Skorzystaliśmy więc z propozycji naganiacza, który wskoczył do autobusu jeszcze zanim ten się zatrzymał i zaproponował, że zawiezie nas do portu swoim autem. Co prawda na początku krzyknął 250k, ale jak usłyszał, że wiemy ile się płaci za taksówkę, to zszedł do 150k, a nam się nie chciało dalej targować, zwłaszcza, że fura była na wypasie 😉 Trasa jest stosunkowo krótka, bo raptem 30 km, ale jest kręta i zatłoczona, co powoduje, że jedzie się nią ponad godzinę. Tutaj mieliśmy też okazję oglądać skutki serii trzęsień ziemi jakie nawiedziły Lombok w ostatnich miesiącach. Mijane po drodze wsie pełne były gruzowisk, popękanych domów, tymczasowych schronień skleconych naprędce z tego, co było pod ręką, czy też w końcu mini obozów dla tych, których kataklizm pozbawił dachu nad głową. W wielu miejscach trwały już prace budowlane, mające przywrócić poprzedni stan rzeczy, niestety z uwagi na brak pomocy od rządu wiele rodzin będzie pozbawionych trwałego schronienia jeszcze przez długie miesiące. Mieliśmy poczucie, że samo to, że zdecydowaliśmy się tutaj przyjechać i wydawać pieniądze pomoże lokalnej społeczności, która w dużej mierze uzależniona jest od ruchu turystycznego, który siłą rzeczy po trzęsieniach zamarł. Z mniej przygnębiających doświadczeń trasa prowadzi także przez lokalny monkey forest i psotne makaki biegają po barierkach oddzielających drogę od urwiska czując się jak nomen omen u siebie.
- Z Bengasal na Gilii odpływają łódki – koszt 10-25k/osoba
Po postawieniu stopy w porcie Bengasal czuliśmy ulgę, że to ostatni i wydawało nam się, że najkrótszy etap podróży. Tu jednak też trzeba najpierw pokonać tor przeszkód z nachalnych naganiaczy, koników i ściemniaczy. Wszyscy chcą wcisnąć swoją łódkę, wszyscy wskazują złą drogę do kasy biletowej, wszyscy kłamią, że djangoznych łódek już nie ma. W porcie należy z nikim nie rozmawiać i o nic się nie pytać, tylko iść prosto do państwowej kasy biletowej, która jest niepozorną drewnianą budką na końcu portowego placu po lewej stronie (do Gili Meno i Trawangan) lub prawej (Gili Air) od wejścia. djangozne łódki odpływają regularnie i kosztują śmieszne pieniądze (ale najwięcej i najtańsze są z rana, więc w miarę możliwości warto być w porcie w okolicach 9-tej), więc jak komuś nie zależy na czasie i może zaczekać, to nie ma co pchać się na drogie speed/fastboat’y. Tak też zrobiliśmy, mimo, że na naszą łódkę na Gili Meno (najmniej popularną wyspę) musieliśmy czekać 3h, ale zapłaciliśmy 25k/osoba, a nie 85k… Cena biletu i częstotliwość rejsów zależy od wyspy na którą chcemy się udać. Najwięcej i najtaniej płynie na imprezowe Gili Trawangan, najmniej i drożej na spokojne Gili Meno.
Łódki są strasznie wąskie i znowu płyną nimi głównie lokalsi, więc jest ciasno, bo pełne są warzyw, owoców i innych towarów, które mieszkańcy wiozą na wysepki z targów na Lomboku. Łódkami rzuca też niemiłosiernie, więc jeśli ktoś ma chorobę morską, albo skłonności do paniki, to radzimy zamknąć oczy i głęboko oddychać – jak nasze współpasażerki.

Nam się krótka (ok.20-30 minutowa) przejażdżka łodzią bardzo podobała i mocne kołysanie i chlusty morskiej wody z roztrzaskiwanych fal wprawiły nas w pozytywny nastrój, wcześniej nadszarpnięty trudami wielogodzinnej podróży.
W końcu, po niemal równych 30h podróży z Flores na Gili Meno padliśmy plackiem na wymarzonej plaży. Warto było.





