Nyaung Shwe

Po trzech dniach trekkingu dotarliśmy do miejscowości Nyaung Shwe nad jeziorem Inle. Zamieszkaliśmy w klimatycznym hoteliku, bardzo blisko ,,centrum miasteczka” i nabrzeża, skąd o poranku wypływają łódki z turystami. Tour po jeziorze to główna atrakcja jeziora Inle – cel wszystkich trekkingowych pielgrzymek. Słowo centrum celowo umieściliśmy w cudzysłowie, ponieważ jakiegoś poważnego ośrodka kultury i rozrywki tutaj nie ma – co jest dziwne, jak na ilość turystów, którzy tu przejeżdżają. Podobnie jak Kalaw, Nyaung Shwe nie oferuje nic ciekawego i samo w sobie, poza tym, że leży nad jeziorem i ma parę złotych pagód, nie należy do najbardziej atrakcyjnych.

Nie ukrywamy, że po pełnych natury, medytacji i wysiłku trzech dniach trekkingu, nieco zderzyliśmy się z cywilizacją. Warkot skuterów, nagabywanie przewoźników i ogólny gwar miasta przywalił nam w twarz niczym nadgniłym dorszem. Na szczęście okolice miasteczka mają zdecydowanie więcej uroku –  pełne pól, winnic (a w zasadzie jednej z dwóch w całym kraju 🙂 ), świątyń i osad położonych bezpośrednio na wodzie! Po krótkim spacerze po okolicy lepiej wziąć rower/skuter i pojechać gdzieś dalej zobaczyć sielskie widoki, ale do tego jeszcze wrócimy.

Zanim zwiedziliśmy okolicę rowerem, musieliśmy najpierw odsapnąć i zrzucić z nóg ciężar przebytych kilometrów, więc pierwszy dzień pobytu spędziliśmy w łóżku popijając piwa Myanmar. Zwłaszcza, że przez cały czas towarzyszyła nam dobra passa! Narodowy browar Mjanmy organizował loterię kapslową, w której można było wygrać darmowe browary albo kwoty pieniężne od 500 do 50 000 kyatów (ok. 1 – 125 zł). Chyba los chciał, żebyśmy pili jak najwięcej ponieważ od przyjazdu do Birmy wygrywaliśmy coś co chwilę! A to browar, a to 500, a to 1000 kyatów… piechotą nie chodzi, to nie gardziliśmy! Zwłaszcza darmowym piwkiem:) A już w naszym hotelu w Nyaung Shwe, gdzie kupowaliśmy w recepcji piwka, właścicielka zaczęła Anię nazywać ,,Lucky Girl” jak co browar przynosiła jej kapsel z kolejną wygraną. No co zrobić, jak żyć? Nie będziemy się kłócić z przeznaczeniem – trzeba pić 😉

Bajery-rowery i dzikie węże

Kiedy nabraliśmy nieco sił wypożyczyliśmy rowery (4 800 kyatów z butelką wody w pakiecie / 2os) i ruszyliśmy wzdłuż jeziora. Trasa zapowiadała się malowniczo i rzeczywiście jak tylko opuściliśmy Nyaung Shwe (co przy wszechobecnym szalonym pędzie skuterów było wyzwaniem) odetchnęliśmy pełniejszą piersią. Szkoda tylko, że każdy oddech okupiony był szczękającymi zębami, ponieważ stanowi dróg bliżej do sera cheddar niżeli do powierzchni gładkiej jak stół. Miejscowi chyba są podobnego zdania, gdyż obok pseudo wyasfaltowanej drogi, było solidnie wyjeżdżone pobocze, które nieco ułatwiło nam podróż. Wokół miasteczka jest kilka świątynek, targi, wioski na wodzie, gorące źródła oraz winnica. Niestety ceny i popularność gorących źródeł skutecznie nas zniechęciły do tej atrakcji, zdecydowaliśmy się więc odwiedzić pagodę, która na nasze szczęście była całkowicie pusta (i za darmo)!

Chociaż nie, miała lokatora. Natknął się na niego Radek, kiedy oddalił się nieco od stup w poszukiwaniu toalety. W tym momencie omal się nie popuścił w majtki, kiedy obok jego nogi przesunął się wielki, grubo ponad metrowy wąż! Idealnie zakamuflowanego w suchej trawie nie było go widać, dopóki się prawie na niego nie nadepnęło. Na szczęście wąż chyba przestraszył się tak samo jak Radek, bo obydwaj uciekli z miejsca spotkania niemal w tym samym momencie. Wąż do dziury w ziemi, a Radek w nieznane…

Mieliśmy ambitny plan przejechać jezioro dookoła (albo chociaż do połowy!), ale szybko okazało się to mało wykonalne – po pierwsze jezioro jest naprawdę wielkie, po drugie za miękkie wafle z nas. Zwłaszcza Ania dosyć szybko zaczęła się buntować (kto by pomyślał…), choć początkowo robiła dobrą minę do złej gry. W pierwszej części podróży wyprzedzaliśmy wszystkich napotkanych rowerzystów, co przy lichym asortymencie dostępnych w rowerach przerzutek było nie lada wyczynem. Mina Ani zdecydowanie zrzedła, kiedy przy zjeździe z jednego ze wzniesień osiągnęła prędkość taką, że skutecznie wyprzedzała wszystkie skutery, a próby hamowania kończyły się niekontrolowanymi poślizgami. Po dogonieniu Ani na dole wzniesienia Radek widział w jej oczach tylko bezbrzeżne zadowolenie, że uszła z życiem, a nie radość z – było nie było – relaksującej przejażdżki. Postanowiliśmy więc połączyć przyjemne z pożytecznym, spryt z lenistwem i…złapaliśmy łódkę na drugi brzeg! Mili (ale drodzy – 10 000 kyatów) panowie przewieźli nas na drugą stronę jeziora, gdzie jak czytaliśmy miał być targ.

Niestety, targu nie było (zdążył się już zakończyć), ale za to przeszliśmy się słynnym molo i obejrzeliśmy nieznany jeszcze brzeg jeziora. Droga do Nyaung Shwe od wschodniej strony była też zdecydowanie spokojniejsza, dzięki czemu przemieszczanie się szosą było nie tylko bezpieczniejsze, ale i przyjemniejsze. Swój wysiłek nagrodziliśmy w zacisznej knajpie pośrodku winnic gdzie przez chwilę czuliśmy się jak w Toskanii.

A skoro już o przyjemnościach mowa, to na plus Nyaung Shwe możemy zaliczyć właśnie przepyszne jedzenie! Codziennie jedliśmy tam coś wspaniałego – oprócz ukochanej sałatki z zielonej herbaty, opychaliśmy się rybami, noodlami i warzywami w przeróżnych wersjach.  Długo będziemy wspominać zwłaszcza jedną knajpkę Sin Yaw Restaurant z totalnie ujmującą obsługą i super menu!

Wycieczka po jeziorze

Nie jesteśmy jednak aż takimi leniami, obżartuchami i pijakami (z naciskiem na ,,aż takimi”, bo że ogólnie jesteśmy to się przyznajemy bez bicia po piętach) żeby nie korzystać z uroków jeziora! Już drugiego dnia pobytu zaczęliśmy się rozglądać za wycieczką po jeziorze. Nie musieliśmy się przy tym za bardzo napracować, bo naganiacze stoją na każdym rogu i oferują całodniowe przejażdżki. Wszędzie są też budki agencji turystycznych gdzie można sobie wszystko bez problemu zorganizować. Generalnie, będąc turystą nad Inle, nie da się przejść spokojnie kilkunastu metrów nie będąc zaczepionym przez kogoś kto zaoferuje swoją łódkę. Ceny wycieczek łódką po jeziorze Inle wahały się między od 15 000 do 20 000 kyatów za privet tour w zależności od długości trasy i liczby atrakcji. Cena od osoby za grupową eskapadę to okolice 6 000 kaytów.

My zdecydowaliśmy się na ofertę naganiacza, który stał codziennie pod naszym hotelem i nawet udało nam się z nim utargować cenę 12 000 kyatów za 6-7h na wodzie. Było ciężko, bo ledwo mówił po angielsku, ale ustaliśmy, że następnego dnia widzimy się o 9:00 rano pod hotelem (wiele wycieczek rusza bardzo wcześnie rano żeby załapać się na świt nad jeziorem, ale my lubimy sobie pospać) i ruszyliśmy na wyprawę. 

Wyszliśmy rano zwarci, gotowi i podekscytowani… a tu zonk. Naganiacza nie ma. Jak stał codziennie i wpatrywał się tęsknym okiem w okna turystów, tak w dniu w którym umówił się z klientami go nie było…

Poczekaliśmy uczciwie 15 minut, ale się nie pojawił. Na szczęście nie czekaliśmy sami… już nas namierzył inny naganiacz, który bardzo chętnie przechwycił porzucony biały łup. A że mówił bardzo dobrze po angielsku, uznaliśmy, że nawet lepiej się stało, że tamten się nie pojawił. Tym sposobem, z lekkim opóźnieniem, ale zadowoleni wpakowaliśmy się do łódki i wypłynęliśmy na jezioro (co prawda ostatecznie za 16 000 kyatów, ale to dalej przyzwoita cena). 

I tu od razu zdradzimy, że wycieczki po jeziorze Inle to jedna wielka turystyczna szopka. Jednak zorganizowana taka sprawnie, że oprócz śmiechu wzbudza nawet rodzaj szacunku. Pełen profesjonalizm –  turysta to klient, a klient nasz pan – musi być zadowolony. Mijane atrakcje są więc produktem, który należy dobrze pokazać i drogo sprzedać. I w momencie, w którym w pełny uświadamiasz sobie, że uczestniczysz w spektaklu i jakie są jego reguły gry przestaje Cię to nawet irytować, a zaczyna bawić.

Wyżej tę nogę trzymaj!

Pierwszy kpiący uśmiech pojawił się na naszych twarzach na samym początku gdy nasza łódź podpłynęła bliżej słynnych balansujących rybaków. Zdjęcia rybaków stojących na jednej nodze z wielkim koszem w dłoni, to znak rozpoznawczy jeziora Inle, a nawet całej Mjanmy – to dzięki nim region stał się tak popularny i przyciąga odwiedzających z całego świata. Rzeczywiście ich widok na tle jeziora, zwłaszcza w promieniach wschodzącego lub zachodzącego słońca jest niezwykle malowniczy…

Niestety dawna tradycja i technika rybacka służy dziś tylko rozrywce. Obowiązkowe zdjęcia rybaków w tradycyjnych strojach cykają wszyscy, a Ci… posłusznie i profesjonalnie pozują! Martwisz się, że nie zdążysz cyknąć idealnej fotki? Nic się nie bój! ,,Rybacy” będą stali na jednej nodze tak długo ile potrzebujesz! Kierowca łódki też zwolni na czas albo nawet zatrzyma silnik na robienie zdjęć.

Jest to o tyle śmieszne, że ci pozujący to nawet nie są prawdziwi rybacy – oni tam nie łowią ryb i przy okazji pozują, tylko w ogóle są tam tylko po to żeby pozować! Salwy naszego rechotu budziły sytuacje, kiedy „rybacy” w panice podrywali się z siedzenia tylko po to, aby zdążyć się odpowiednio wyeksponować nadpływającym turystom.  Prawdziwi rybacy ubrani są normalnie i mają współczesne sieci – nie wyglądają więc tak efektowanie… z resztą zajęci naprawdę łowieniem ryb, w ogóle nie zwracają uwagi na turystów.

Boat shopping

Śmialiśmy się z tego, jaką sesję ,,udało nam się” zrobić, a dalej było tylko lepiej. Kolejnym przystankiem był warsztat srebra gdzie na specjalnie przygotowanych stanowiskach mogliśmy oglądać proces wyrabiania srebrnej biżuterii ,,tradycyjnie” noszonej przez okoliczne plemiona. Pani przewodnik odebrała nas z łódki, gdzie już na pomoście, a potem na schodach widzieliśmy chłopaczków pracowicie coś wykuwających- taaak, na pewno jest to naturalne miejsce do tego typu czynności! Oprowadzeni po pseudo-warsztacie zostaliśmy wepchnięci w progi sklepu ze srebrem – prawdziwego celu tego przystanku. Jako, że Ania miała niedawno 30 urodziny, skusiliśmy się nawet na zakup upominku (a niech im będzie!) – srebrnego pierścionka z turkusem, który…zrobili nam na zamówienie w 20 minut! Mamy przynajmniej pewność, że jest lokalny, a nie badziewiem z Chin 😉 Oczywiście asortyment sklepu wykraczał poza biżuterię i ciężko powiedzieć czego nie zawierał. Na każdym kroku towarzyszy zwiedzającym eskorta złożona z co najmniej kilku sprzedawców w tradycyjnych strojach, którzy na każde pytanie zadane po angielsku (a co to?) debatują burzliwie między sobą niczym przekupy by ostatecznie wypluć mniej lub bardziej rzetelną odpowiedź (np.fajka). Oczywiście w kilkupiętrowym malowniczym budynku położonym dokładnie pośrodku niczego nie mogło zabraknąć… płatności kartą! W końcu klient nasz Pan od A do Z.

Następnie odwiedziliśmy warsztaty ręcznie wyrabianych papierosów i tkalnię jedwabiu z kwiatów lotosu (który jest droższy od tego pochodzącego od jedwabników, a o wiele brzydszy!) gdzie za każdym razem ktoś nas grzecznie oprowadzał, wprowadzał w tajniki ,,lokalnego, autentycznego rzemiosła”, a potem oczywiście zachęcał do kupna. Wiedzieliśmy, że to wszystko na pokaz, ale Birmańczycy obchodzą się z turystami tak nienachalnie i grzecznie, że kompletnie nam to nie przeszkadzało, a nawet z rozbawieniem weszliśmy w tą rolę klientów VIP.

W tym miejscu należy zaznaczyć, że zawczasu wiedzieliśmy jak taka wycieczka będzie wyglądać na podstawie komentarzy przeczytanych w Internecie, dlatego program dziennej ekspedycji nie spowodował u nas rozczarowania, co najwyżej rozbawienie pieczołowitością planowania tego skomplikowanego teatru dla przyjezdnych. Ale też przy tym w każdym miejscu rzeczywiście odbywa się prezentacja, podczas której można dowiedzieć się w jaki sposób wytwarzane są lub były różnego rodzaju produkty. Kto już gdzieś indziej widział na żywo ręczne wrzeciona tkackie z czółenkiem przepychanym szarpnięciem za sznurek, w dodatku wykonane w całości z bambusa, niech pierwszy wyrąbię dziurę w łódce. W całym tym spektaklu już totalnie nas ujął nasz kierowca łódki, który zwalniał i przyspieszał łódkę w zależności od tego czy trzymaliśmy aparaty wysoko (trzeba zwolnić, robią zdjęcia) czy trzymaliśmy je opuszczone (nie robią zdjęć, można jechać szybko) – bez słowa, bez jakiekolwiek prośby z naszej strony, to się nazywa serwis!

Etno-szopka

Pozwalaliśmy się więc tak wozić od atrakcji do atrakcji nie spodziewając się w tym wszystkim krzty autentyczności, wychodząc z założenia, że i tak prawdziwą wartością tej wycieczki są widoki i sam pobyt na tafli jeziora. Zwłaszcza ostatnia atrakcja pobiła wszelkie rekordy ściemy – kobiety z plemienia Karen, te z długimi szyjami okolonymi złotymi obręczami. Wiedzieliśmy, że oryginalnie plemię żyje w zupełnie innej części Mjanmy i długoszyje przedstawicielki są nad Inle tylko atrakcją turystyczną, specjalnie w tym celu sprowadzoną. Spodziewaliśmy się jednak, mimo wszystko, że w ramach tej atrakcji będzie chociaż jakaś ,,pseudo-wioska” tych kobiet, gdzie będzie można pochodzić, pooglądać je (w zaaranżowanym) życiu codziennym i podziwiać ich tradycyjne stroje i obręcze, może nawet chwilę porozmawiać. Ku naszemu rozczarowaniu-wkurwieniu-rozbawieniu zostaliśmy przywiezieni do sklepu z pamiątkami gdzie po prostu jako żywa dekoracja siedziały sobie 3-4 takie panie. Można było im zrobić zdjęcie i tyle. W sklepie…

To już było przegięcie, że nawet nie starali się ukryć, że to jest fake. Co jak by się głębiej nad tym zastanowić zakrawa na ironię w perspektywie całości wrażeń z tej wycieczki, najbardziej mierził odstający od reszty atrakcji poziom maskowania braku autentyczności. Nikogo nie irytuje, że oglądane widoki nie są prawdziwe, tylko to, że nawet nie próbują tego ukryć. Coś jak występ kiepskiego magika, gdzie nikt nie spodziewa się prawdziwej magii, ale chociaż namiastkę iluzji.

 

Drewniana Wenecja

Lekko zniesmaczeni kazaliśmy się zawieźć do jakiejś zwykłej wioski na wodzie, bo to jedyna prawdziwa atrakcja na jeziorze Inle. Pływanie między domami mieszkańców i możliwość ich dyskretnego podglądania dawało nam najwięcej radości. Chociaż to nie było spektaklem, tylko prawdziwym, normalnym życiem toczącym się nad brzegiem jeziora. Ludzie żyjący nad Inle mieszkają w drewnianych chatkach na palach i wszędzie poruszają się łodziami co przypomina trochę wiejską biedo-Wenecję albo Lake Town z filmu ,,Hobbit”.

Spektrum budynków jest niezwykle szerokie i jak na dłoni widać po nim poziom zamożności mieszkańców. Od bieda domków przypominających szałasy ludu Bajo w Indonezji po niemal ekskluzywne piętrowe wille, znaleźć tutaj można niemal wszystko. Co ciekawe, krążąc brzegiem wokół jeziora albo przecinając jego taflę, w oddaleniu od brzegów można zobaczyć malowniczo wyglądające wioski. Jednokolorowe, ciemne, drewniane domki na palach prezentują spójny styl architektoniczny i wyglądają jak enklawy pośród pstrokatej mieszaniny innych okolicznych wiosek.

I rzeczywiście enklawy stanowią, gdyż są to ekskluzywne resorty, w których nocleg rozpoczyna się od 100 USD za noc! Zachodziliśmy w głowę co można w takim ośrodku robić poza wpatrywaniem się w brunatną wodę, gdyż uroku położonych na morzu bungalowów w stylu tych na Malediwach ciężko nam się było dopatrzeć. Raczej nie ryzykowalibyśmy też kąpieli w jeziorze, biorąc pod uwagę, że wszystkie łazienki i latryny w wioskach ujście znajdują wprost do wody…

Wrażenie na nas zrobiły za to pływające ogrody warzywne, które rosną bezpośrednio na wodzie! Mieszkańcy sadzą specjalne rośliny, które tworzą na wodzie zieloną poduszkę pełniącą funkcję gleby, na której zasadzą potem pomidory, ogórki, sałatę… Wszystko przyczepione jest do bambusowych tyczek wbitych w dno jeziora, inaczej by po prostu odpłynęło. Żadnej ziemi – to nie są wyspy! Ale w dalszym ciągu można po sporej części z nich chodzić, co przypomina spacer po łóżku wodnym.

Wzdłuż węższych „grządek” rozciąga się wielka sieć drobnych kanałów, która pozwala zbierać warzywa bezpośrednio z łódki. W ten sposób mieszkańcy rekompensują sobie małe zasoby ziemi uprawnej w okolicy. Niestety, to co bardzo sprytne i funkcjonalne dla mieszkańców nie ma dobrego wpływu na naturalny ekosystem jeziora. Hodowlane rośliny są za dużą konkurencją dla rodzimych gatunków, które powoli wymierają:( 

Podsumowanie

Wróciliśmy do hotelu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony nie oczekiwaliśmy autentycznego obcowania z lokalną kulturą w tak turystycznym miejscu (więc nie możemy mieć pretensji), ale z drugiej skala tego teatru była momentami aż śmieszna (po długoszyich kobietach pominęliśmy też dalsze atrakcje, o których słyszeliśmy, że są mało warte). Pewnie bylibyśmy rozczarowani gdyby nie piękne widoki, mijane wioski, złote pagody i naturalna grzeczność mieszkańców (nawet tych związanych z turystyką), które razem tworzą rozbrajającą mieszankę.

Czy warto było więc iść trzy dni z buta, a potem bulić za łódkę? Mimo wszystko czujemy, że warto, bo chociaż przekonaliśmy się na własne oczy jak wygląda przemysł turystyczny w profesjonalnym wydaniu, a krajobrazów i przyjemności płynięcia łodzią nikt nam nie zabierze z pamięci.

Ale! Jeśli możemy chwilę jeszcze ponarzekać, to lokalne łodzie są bardzo szybkie, bo wyposażone są w naprawdę duże silniki przy smukłym kształcie samego kadłuba. Silniki te jednak powodują uporczywie głośny jazgot, który przy dłuższej podróży z pełną prędkością zaczyna się wżynać w mózg. Dodajmy do tego, że klimat górskiego jeziora bywa kapryśny, dlatego ubranie na cebulkę zdecydowanie zalecane (zwłaszcza rano). Mimo wszystko wycieczka po jeziorze to, było nie było, pozycja obowiązkowa. Nie bardzo wyobrażamy sobie inny sposób, w jaki można podejrzeć życie lokalnych społeczności żyjących w zabudowaniach zlokalizowanych na wodzie. A że po drodze objeżdża się wszystkie możliwe sklepy… cóż, każda przyjemność ma swoją cenę.

Epilog – Rangun

Wróciliśmy do Rangunu smutni, że czas w Mjanmie zleciał nam tak szybko. Czujemy duży niedosyt tego kraju i kultury (zwłaszcza kulinarnej :P) więc przyrzekliśmy sobie, że kiedyś musimy tu wrócić! Może jak sytuacja polityczna się bardziej ustabilizuje i będziemy mogli bez przeszkód i wyrzutów sumienia pojechać na zachód i północ, których teraz baliśmy się odwiedzić ze względu na konflikt etniczny z muzułmańską grupą Rohingja, która jest w Mjanmie prześladowana…

W Rangunie ostatnie dni spędziliśmy mieszkając nad bazarem (do hotelu wchodziliśmy przez stragany ze szlachtowanymi kurczakami i rybami)  i oglądając seriale na Netflixsie. W długiej podróży czasami ma się ochotę po prostu wyciszyć, poukładać w głowie wszystkie obrazy, które się widziało i informacje, które się poznało.

Dlatego są dni których nie zwiedzamy, zwłaszcza jeśli wracamy do miejsca, w którym już byliśmy – jak teraz w Rangunie. Mjanma dostarczyła nam tylu nowych wrażeń, że chyba nie mieliśmy już miejsca na kolejne, a leżenie pod kołdrą z laptopem trochę przypominało nam o panującej w Polsce zimie i dawało namiastkę zwykłego życia codziennego. Czasem w szalonym pędzie podróży warto poczuć się po prostu ,,jak w domu” .

Zbieraliśmy tak siły na nowe bodźce i nową kulturę – przed nami był płynący zupką PHO Wietnam!