KoMin i góry
Z Bagan przyjechaliśmy do miejscowości Kalaw przede wszystkim po przygodę, ale też żeby zgubić trochę sadełka na 55-kilometrowej trasie do jeziora Inle. Trekking nad jezioro jest jedną z głównych atrakcji turystycznych Mjanmy, a my lubimy się czasem porządnie zmęczyć (no dobra – Ania trochę mniej) zwłaszcza jak mają temu towarzyszyć piękne widoki i możliwość obcowania z obcą kulturą. Kalaw jest bazą wypadową gdzie zaczynają się wszystkie trasy i mają swoje siedziby agencje przewodników. Poza odpoczynkiem przed trekkingiem i wynajęciem przewodnika, miasteczko nie oferuje niestety nic ciekawego, nawet uroku górskiej osady. Znaleźliśmy za to fajną agencję Ko Min, w której zapisaliśmy się na 3 dniowy trekking (koszt trekkingu to 260 000 kyatów – ok.640 zł/za 2 osoby.)

Jak się na miejscu okazało, nikt inny się nie zgłosił na taką dłuższą trasę, więc mieliśmy iść sami! Z przewodnikiem oczywiście. Spodziewaliśmy się człapania w zorganizowanej wycieczce, a tu proszę jaki luksus! Ustaliwszy szczegóły wycieczki, następnego dnia z samego rana ruszyliśmy w góry na piechotę z Kalaw do Nyaung Shwe.
Mijane krajobrazy zapierały dech i cieszyliśmy się, że idziemy taką łagodną, a jednocześnie bardzo zróżnicowaną trasą. Codziennie widoki były trochę inne – od leśnych ścieżek, przez pola ryżowe, po łąki i pola chilii. A na horyzoncie zawsze góry i majaczące w oddali osady…
Wielbłąd czyli lotos
Naszym przewodnikiem okazał się przezabawny 20-letni Nepalczyk, który od razu wyśmiał nasz plan schudnięcia, mówiąc, że z jedzeniem jakie dla nas szykują prędzej przytyjemy niż schudniemy. Nie mylił się… Kamel (co po nepalsku znaczy lotos, a nie wielbłąd) jajcował z nas z resztą cały czas. Przez 3 dni trekkingu bardzo się z nim zżyliśmy, a droga okraszana jego żartami i ciekawostkami była o wiele lżejsza, a czas szybciej mijał.
Sama historia Kamela nas urzekła, ponieważ okazało się, że jest potomkiem nepalskich żołnierzy sprowadzonych do Birmy jeszcze przez Brytyjczyków. Mówił biegle w 4 językach (birmańskim, hindu, nepalskim i angielskim, którego nauczył się od turystów!) i okazał się ekspertem kulturowym, zwłaszcza w sprawach duchowych – jego ojciec jest hinduistycznym kapłanem. A Kamel urodził się i wychował w Mjanmie, więc siłą rzeczy znał też tradycje i kulturę tego kraju. Dzięki temu mieliśmy informacje z pierwszej ręki zarówno o religiach Nepalu/Indii, ale też o lokalnych, birmańskich zwyczajach i naukach Buddy, który w hinduizmie również jest czczony jako IX wcielenie Śiwy. Ta międzykulturowość Kamela, z jego zdolnością do przybliżania nawet trudnych aspektów religii Wschodu, w połączeniu z łobuzerskim uśmiechem i poczuciem humoru czyniła z niego niezapomnianego kompana podróży. Byliśmy oczarowani, że ten sam chłopak, który przed chwilą sypał sprośnymi żartami, albo się przed nami dla zabawy chował, potrafił potem z pełną powagą i rzeczowo opowiadać o technikach medytacji, reinkarnacji i wierze w opiekuńcze (lub złośliwe) duchy Naty. Kamel brylował nie tylko w sprawach kulturowych, ale nie popuścił też żadnej ciekawszej roślinie i pokazywał nam za każdym razem różne zastosowania mijanej flory np. myliśmy zęby patykami, puszczaliśmy bańki z liści i próbowaliśmy różnych owoców leśnych.
Czerpaliśmy od niego wiedzę pełnymi garściami, a nawet korzystając z okazji, że mamy do czynienia z takim ,,małym guru” urządziliśmy kilka wspólnych sesji medytacji jako odpoczynek na trasie. Wsłuchiwanie się w szum wiatru i własny oddech wśród pól słoneczników z widokiem na góry, kiedy fizycznie z ciała schodzi całe napięcie, a w głowie widzi się różne kolory… będzie jednym z naszych najlepszych wspomnień nie tylko z trekkingu, ale i z całego pobytu w Azji.
U górskich plemion Ludzi-Smoków
Dzięki Kamelowi mieliśmy też okazję poznać lokalne plemiona, w których wioskach nocowaliśmy. Jak już pisaliśmy wcześniej, Mjanma jest państwem wieloetnicznym, z czego nie wszystkie plemiona nawet mówią po birmańsku. W ciągu trzech dni podglądaliśmy życie codzienne trzech takich plemion, kolejno: Danu, Paoh, Inthar. Mijane wioski może i były skromne (często bez stałego dostępu do bieżącej wody i elektryczności), ale uderzyło nas jak bardzo są zadbane! Prawie żadnych śmieci, zamiecione obejścia, piętrowe i duże domy, równe płoty, ogródki… Ludzie uśmiechnięci, życzliwie machali nam na powitanie albo krzątali się przy swoich obowiązkach, czyli głównie przy wszechobecnych krowach i bawołach. Po syfie jaki często widywaliśmy na wsiach w Indonezji czy na Filipinach byliśmy oczarowani czystością i porządkiem!
W tak sielskich klimatach spędziliśmy dwie noce w zwykłych domach mieszkańców, za każdym razem docierając na miejsce niedługo przed zachodem słońca po 6-7 godzinach wędrówki. Zmęczeni, ale zadowoleni (nasz ulubiony stan) czekaliśmy na kolację pichconą przez naszego kucharza, który codziennie szykował nam śniadania, lunch po drodze i kolację w miejscu noclegu (logistyka prosta – my idziemy z buta przez góry i lasy, a on drogami na skuterku z całym ekwipunkiem jedzie przed nami, żebyśmy zawsze docierali na gotowe.)
Ale się nażarliśmy… zjedzmy więcej!
Jak już wspomnieliśmy, nasze marzenia o schudnięciu legły w gruzach. Jak tylko zobaczyliśmy pierwszy lunch wiedzieliśmy już, że będziemy zgubieni. Codziennie jedliśmy mnóstwo owoców, przystawki, sałatki, dania główne i deser – na każdy posiłek! Stół zastawiony jak na święta, a to tylko dla naszego dwójki i to przygotowane w prawie polowych warunkach! Jedzenie było obłędnie pyszne i sycące, czyniąc z każdego posiłku festiwal przyjemności przed lub po wędrówce. Nasz kucharz – młody chłopak z plemienia Paoh niestety nie mówił po angielsku, ale Kamel mu tłumaczył nasze zachwyty budzące na jego twarzy skromny uśmiech.
Z resztą cały był taki trochę hm… zniewieściały, więc byliśmy przekonani, że jest gejem (z resztą jak dowiedzieliśmy się od Kamela, w Birmie tylko strona pasywna jest uważana za homoseksualistę, strona aktywna nie. Dlatego jeśli ktoś hetero nie ma dziewczyny/żony, to może iść do geja na sex i nie ma w tym nic zdrożnego ani nie kwestionuje jego orientacji!) Nasz kucharz jednak, jak okazało się podczas jednej z kolacji zakrapianej ryżową whisky, nie tylko nie jest gejem, ale w dodatku ma 20 dziewczyn jednocześnie w różnych wioskach – taki lokalny Casanova… ! Zdumieni byliśmy jak to możliwe, więc przyznał się, że ma magiczny amulet, dzięki któremu rzuca urok na dziewczyny, dlatego tak łatwo mu ulegają. Kamel z pełną powagą to potwierdził… Jak widać wiara w magię jest bardzo silna w Mjanmie, nawet wśród młodego pokolenia i może coś w tym jest patrząc po wyczynach skromnego kucharza!

Opowieści przy ryżowej whisky
Chyba właśnie kolacje i rozmowy, które im towarzyszyły będą kolejnym najlepszym wspomnieniem z wyprawy. To podczas nich Kamel opowiadał nam najwięcej historii i dzielił się wiedzą o kulturze i religii regionu. Było też przy tym mnóstwo śmiechu i opowieści z naszej strony o Polsce. Siedzieliśmy do późnego wieczora, pijąc lokalną whisky, żartując i opowiadając sobie różne rzeczy bez względu na dzielące nas różnice wiekowe i kulturowe ( niestety nie mamy wspólnych zdjęć, bo za bardzo byliśmy pochłonięci zabawą). To było fantastyczne doświadczenie! Poznaliśmy np. legendę powstawania plemion, które nas gościły…
,,Dawno temu pewien myśliwy wychodził codziennie do lasu w poszukiwaniu zwierzyny dla swoich pobratymców. Polował odważnie i sprawnie, nie wiedząc, że cały czas jest obserwowany. W lesie tym mieszkała bowiem smoczyca, która zakochała się w dzielnym myśliwym. Przybrała więc postać ludzkiej kobiety aby go uwieść. Pewnego dnia myśliwy zobaczył piękną kobietę kąpiącą się w leśnym jeziorze i zapragnął jej. Została jego żoną i wiedli szczęśliwe życie dopóki myśliwy nie musiał udać się na dalszą wyprawę w poszukiwaniu pożywienia, a ona w tym czasie zniosła w domu dwa jaja. Jedno białe, drugie czarne. Kiedy mąż wrócił i zobaczył jaja, musiała przyznać się kim jest, a myśliwy wpadł w szał i oświadczył, że nie chce jej więcej widzieć. Wziął do ręki czarne jajo i uciekł z nim, a smoczyca zabrała białe z powrotem do lasu. Z czarnego jaja wykluli się ludzie Danu, którzy na pamiątkę noszą wyłącznie czarne ubrania. Z białego jaja wykluli się ludzie Paoh, których kobiety na pamiątkę swojej smoczej mamy noszą na głowie turban w kształcie zwiniętego smoka.”
Legenda ta tłumaczyła kolorowe chusty-turbany jakie widzieliśmy na głowach naszych gospodyń i innych spotykanych w okolicy kobiet 🙂
Mnisiątka i etyczne podróżowanie
Kolejnym wspomnieniem, które będzie nam długo towarzyszyło będą spontaniczne odwiedziny w górskiej szkole przyklasztornej gdzie mieliśmy okazję poznać małych mnichów, a nawet spróbować swoich sił w nożną siatkówkę, w którą oczywiście przegraliśmy z kretesem. Dla radości jaką dostarczyliśmy dzieciom robiąc z siebie durniów, warto było!
Warto też przy tej okazji wspomnieć, że agencja Ko Min (dla której pracuje Kamel) bardzo dba o kwestie etycznego podróżowania. Zabronione jest dawanie jakichkolwiek upominków/słodyczy dzieciom, ze względu na ich godność i żeby nie uczyły się żebrania – o czym zostaliśmy od razu uprzedzeni. Zaimponowała nam taka postawa. W trakcie naszej podróży sami przestrzegamy kilku zasad aby nasza obecność nie szkodziła ani zwierzętom ani mieszkańcom i lokalnym zwyczajom. Dlatego unikamy wszelkich atrakcji z udziałem zwierząt, nie kupujemy nic od dzieci ani nie dajemy im pieniędzy (w Azji niestety mnóstwo dzieci pracuje/żebrze na ulicach.) Krępuje nas nawet robienie dzieciom zdjęć, chyba, że wyraźnie są same tym zainteresowane. Zawsze przestrzegamy też lokalnych zwyczajów dotyczących ubioru w myśl zasady, że u kogoś w domu, szanuje się jego zasady. Poza tym po co prowokować nieprzyjemne sytuacje np. dla szortów?

Pożegnania nadszedł czas
Ostatniego dnia trasa wiodła w dół, więc była o wiele lżejsza, ale i tak szło nam się z ciężkim sercem… Koniec trekkingu był coraz bliżej z każdym krokiem. Po drodze na (dosłowną) osłodę odwiedziliśmy przydomową fabrykę cukru trzcinowego, gdzie widzieliśmy cały proces od wyciskania soku z trzciny, przez gotowanie syropu w kadziach, po formowanie ultra-słodkich bloków cukru, ale i to nie pomogło.
Rozstanie z chłopakami było bardzo przykre, zwłaszcza, że na ostatni lunch przeszli już samych siebie z ucztą! Pożegnalny posiłek uczciliśmy ostatnim drinkiem, a potem po wielu podziękowaniach, uściskach i obietnicy, że jeszcze się spotkamy w tym lub w kolejnym życiu, wsiedliśmy do czekającej na nas łódki, którą przepłynęliśmy przez jezioro do miejscowości Nyaung Shwe. Tam był koniec naszej trekkingowej przygody.
***
Jedynym pocieszeniem w tej smutnej chwili był widok malowniczego, otoczonego górami jeziora – nasza nagroda! I to uczucie satysfakcji z dotarcia do celu po 3 dniach, jakby nie patrzeć, wyczerpującej wędrówki.
Bezcenne.



































