Przyjechaliśmy do Yogjakarty z dwóch, najpopularniejszych powodów – największej buddyjskiej świątyni na świecie Borobodur i najsłynniejszego hinduistycznego zabytku Indonezji kompleksu Prambanan. Obydwie świątynie są pamiątką po czasach sprzed nastania islamu, który opanował Jawę ok. XII wieku za sprawą zakładających tu porty handlowe muzułmańskich kupców z Indii. Wcześniej na wyspie panowały dynastie hinduistyczne (od II wieku), a potem buddyjskie (od VI wieku). Obecnie Jawa jest w całości muzułmańska, a zabytkowe miejsca dawnych kultów pełnią rolę tylko (głównych, a więc wściekle drogich) atrakcji turystycznych – na Jawie praktycznie nie ma buddystów i hinduistów (może jakieś pół procenta, co jest kroplą w morzu 130 mln mieszkańców wyspy).
Obydwie świątynie znajdują się na tyle blisko miasta, że wybraliśmy się do nich skuterem – tak, odważyliśmy się włączyć do ruchu na azjatyckich ulicach. Zdecydowaliśmy się na skuter, ponieważ Yogyakarta – duże miasto – paradoksalnie wydawała się dużo przyjaźniejsza nieobjeżdżonym skuterowiczom niż Bali. A wszystko za sprawą widzianych z taksówki na lotnisko osobnych pasów, tylko dla skuterów, czy też obecnej na skrzyżowaniach sygnalizacji świetlnej, której o dziwo zazwyczaj się nawet przestrzega. Pozytywnie nastawieni uzyskaliśmy pojazd od naszej niezawodnej Emi za 70 000 rupii/dzień (więcej o niej w poprzednim wpisie tutaj) i rozpoczęliśmy swoją azjatycką przygodę w charakterze zmotoryzowanych. Nikomu chyba nie trzeba zachwalać atutów niezależności jaką daje taki pojazd, podkreślimy zatem tylko możliwość podziwiania widoków z dużo większą dokładnością – skuterem średnio jedzie się te 40 km/h, czyli niewiele szybciej niż rowerem. O możliwości zatrzymania się w dowolnym miejscu na podziwianie widoków czy na fotkę nawet nie wspominając. Radek szybko wczuł się w rolę azjatyckiego kierowcy i nawet w mega zatłoczonym mieście lawirował między przeszkodami z niezłą wprawą, kurs na prawo jazdy na motor w końcu się do czegoś przydał.
I chociaż największą frajdę zazwyczaj czerpie się z podziwiania widoków po drodze, w tym wypadku Radek zapamiętał coś zupełnie innego – moment ruszania ze świateł w chmurze skuterów. Niesamowite uczucie, którego nie da się doświadczyć poza zlotami fanów motoryzacji…albo podróży po Azji (z uwagi na ilość potrzebnych pojazdów). Zmiana światła na zielone i natychmiastowy, narastający ryk silników. Niczym spłoszone przez lwa stado gazel grupa wystrzeliwuje do przodu, gdzie poszczególne osobniki wymijają się nabierając prędkości. Podniesiona szybka kasku (porysowana tak, jakby ktoś zjeżdżał po betonie z kaskiem w charakterze jabłuszka). Pęd gorącego powietrza uderzający w twarz, pozorny chaos ławicy skuterów, gdzie ruch całości modyfikowany jest poprzez dostosowywanie się do ruchu sąsiadów, pełna kontrola nad swoim mechanicznym rumakiem. Podobne uczucie musieli mieć kawalerzyści przechodzący w cwał w trakcie bitwy, zmienił się tylko cel ataku – teraz to ruch uliczny. I nic nie szkodzi, że zamiast wyglądać dostojnie niczym kawalerzysta, na przymałym skuterku wygląda się bardziej jak Sancho Pansa na zabiedzonym osiołku – samemu się na szczęście nie widzi, więc ważne co się czuje (z podobnego założenia musieli wyjść członkowie azjatyckich „gangów” motocyklowych w typie Hell’s Angels, którzy również jeżdżą skuterami – widzicie to oczami wyobraźni? Wielki, okutany w skórę i ćwieki bandzior na słodkim, pociesznym skuterku? Azjaci jak najbardziej to widzą!) Ponieważ przełamaliśmy pierwsze lody w Yogjakarcie, teraz już będziemy brać skuter wszędzie gdzie się da 🙂
Borobodur
Po dotarciu do Borobodur i zapłaceniu 325 000 rupii od łebka za wstęp, czyli jakieś 82 zł/szt… (ale, hej! Dostaliśmy za to Welcome Drinka – kawę/herbatę/wodę do wyboru w tej cenie! Cieszmy się!) początkowo miny nam trochę zrzedły – widok jarmarcznych atrakcji (w stylu symulatora rzeczywistości 4D i straganów z badziewiem, brakowało jeszcze budki z hotdogami i watą cukrową, a czulibyśmy się jak we Władku) na terenie parku prowadzącego do świątyni trochę odzierał ją z dostojności. Jednak w miarę jak zbliżaliśmy się do monumentu byliśmy coraz bardziej podekscytowani i zadowoleni. Do świątyni prowadzi ładny park i szerokie ścieżki, w których nie sposób się zgubić, zwłaszcza, że na wejściu dostaje się mapkę i dostęp do aplikacji online z darmowym przewodnikiem.
Chyba, że jest się nami.
Ani mapka ani aplikacja nie pomogły i musieliśmy obchodzić świątynię naokoło by znaleźć główne wejście po drugiej stronie 😛 Ups… (oczywiście jakiś królik bystrzak na interaktywnej mapie offline – nawet tutaj zawitał XXI wiek – zaznaczył wielką kreską drogę, która prowadziła do… zamkniętej bramy. Właściwe wejście było oznaczone cienką kreseczką. Pewnie dalibyśmy radę iść po znakach, ale wpatrzeni w smartfona jak niemowlak w biust Pameli Anderson i podziwiający okolicę już nie daliśmy rady śledzić drogowskazów.)
Kiedy jednak stanęliśmy w końcu twarzą z twarz z Borobodur, musieliśmy przyznać, że żadne zdjęcia nie oddają jej surowego majestatu. Szare kamienne bryły ułożone równiutko bez żadnej zaprawy ponad 1200 lat temu do dziś budzą zachwyt, a nawet trwogę. Pociemniałe przez wieki ściany i posągi na tle gór i pochmurnego nieba przywodzą na myśl raczej Mordor (ten z Władcy Pierścieni, nie na Domaniewskiej) niż sympatycznych buddyjskich mnichów.
Świątynia zbudowana jest piramidalnie, co ma odzwierciedlać buddyjską wizję świata gdzie wspinanie się po kolejnych tarasach symbolizuje osiąganie kolejnych stanów ducha aż do nirvany. Okrążając świątynię po 8 tarasach ogląda się łącznie 6 kilometrów(!) reliefów z przedstawieniami z życia Buddy i jego poprzednich wcieleń. Świątynia nie ma żadnych pomieszczeń wewnętrznych – celem jest właśnie sama rytualna pielgrzymka po tarasach na szczyt. Warto się po nich przejść (zgodnie ze wskazówkami zegara) choćby dlatego, że dużo lokalnych turystów nie zaprząta sobie nimi głowy i idzie od razu na szczyt, więc szlak jest zazwyczaj pusty. Przewodnik online przypomina przeciętny referat pisany na studia, te same 10 informacji powtarzanych jest różnymi słowami, co obrazuje jak niewiele właściwie wiadomo o tej świątyni, a równocześnie pozwala na powolne, samodzielne podziwianie misternych rzeźbień, szkoda, że bez głębszego zrozumienia co przedstawiają.
Jako, że z wrodzonego lenistwa świątynię zwiedzaliśmy około południa, a nie o świcie mogliśmy się cieszyć względnym spokojem (tylko 4 selfie z miejscowymi). Moment wytchnienia pozwolił docenić pracę renowatorów, którzy już kilkukrotnie m.in. po trzęsieniu ziemi i wybuchu wulkanu musieli rozbierać spore fragmenty świątyni, a następnie składać je ponownie po oczyszczeniu i udrożnieniu wbudowanego systemu odprowadzania wody (a mowa o budowli z VIII – IX wieku!).
Na szczycie przywitały nas słynne ,,dzwony” czyli dagoby w których ukryte są posągi Buddy. Nad nimi, zwieńczając świątynie, góruje największa stupa – symbol osiągnięcia przez Buddę nirwany, finał pielgrzymki. Widok z najwyższych tarasów zapiera dech. Otaczające świątynie lasy i pasmo górskie, które stanowią tło dla zdobień z niższych tarasów, sprawiają razem, że jedyne co człowiek może zrobić to usiąść na chwilę w milczeniu i sycić oko kontemplując kunszt dawnych budowniczych.

Prambanan
O ile wiedzieliśmy, że Borobodur jest sztosem i rzeczywiście był, o tyle o Prambanan słyszeliśmy mieszane opinie. Najczęściej odwiedzany zabytek Indonezji jest oblegany przez wycieczki szkolne i zagranicznych turystów, więc ciężko tam wczuć się w klimat. Jedni twierdzą, że to najpiękniejszy kompleks hinduistyczny na świecie, a drudzy, że jeśli widziało się już Angkor Wat w Kambodży lub zamierza się je zobaczyć, to nie ma co tracić czasu na Prambanan. Mimo całego tego hejtu, zdecydowaliśmy się pojechać przekonać się gdzie leży prawda i nie żałujemy!

Hinduistyczny kompleks świątynny zbudowany został na planie mandali i symbolizuje kosmologię hinduizmu. Nie ma może malowniczych gór wokół siebie (za to bardzo ucierpiał podczas ostatniego trzęsienia ziemi), ale i tak robi wrażenie! Na Prambanan składa się około 250 świątyń i kaplic + 3 oddalone nieco świątynie buddyjskie, które mają jeszcze swoje podległe kapliczki – razem tworzą więc olbrzymi teren z setkami symetrycznie rozłożonych świątyń, dziś już niestety w większości w ruinie, ale nadal kopara opada w dół jak pomyśli się o skali tego przedsięwzięcia.

Musiało się ono zawsze wydawać nadludzkie, bo według legendy Prambanan nie zbudowali ludzie, a duchy. Duchy te służyły potężnemu magowi, który zapragnął poślubić księżniczkę, jednak ona kierowana nienawiścią do niego, postawiła mu warunek niemożliwy do spełnienia – że wyjdzie za niego jeśli postawi tysiąc świątyń w jedną noc. Mag wezwał więc na pomoc duchy, aby postawiły Prambanan. Jednak zanim wzeszło słońce, księżniczka zorientowała się, że mag jest cwaniszy niż myślała, więc postanowiła go przechytrzyć jeszcze raz – kazała poddanym rozpalić ognie i zacząć mielić ryż, aby duchy pomyślały, że już nastał świt i porzuciły pracę. W ten sposób nie ukończyły ostatniej tysięcznej świątyni, a mag ze złości zamienił księżniczkę w kamień, dopełniając liczbę tysiąca monumentów.

Ponieważ jednak mistycyzm obecnie odchodzi w zapomnienie, więc duchy zrobiły się mniej skore do pomocy, ich rolę musieli przejąć ludzie. Gwar zwiedzających przecinany jest dźwiękami młotków uderzających w dłuta (prawie wszystko robione ręcznie jak przed tysiącami lat), dzięki czemu można się poczuć jakbyśmy byli świadkami powstawania tej majestatycznej budowli, która niestety nigdy nie zostanie ukończona (rząd postanowił odrestaurować tylko te świątynie, które przetrwały w co najmniej 70 procentach).
Co prawda wejście kosztuje bandyckie pieniądze (375 000 rupii/osoba – razem ok. 190 zł, chociaż znowu dostaliśmy kawę, więc bolało trochę mniej) A do tego rzeczywiście byliśmy molestowani przez dzieciaki z całej Indonezji , które rzuciły się na nas grupami niczym piranie…
- Excuse me! Mister! (nie ważne czy mówią do kobiety czy faceta – zawsze jest Mister)
- Can I ask you 3 questions?
- What’s your name?
- Where are you come from?
- What is your purpose in Indonasia?
I oczywiście nieśmiertelne
- Selfie together please?
… i tak cały czas. Nasze odpowiedzi były skrzętnie zapisywane przez grupowego skrybę po czym z piskiem zadowolenia grupka uciekała, ale tylko po to aby zrobić miejsce następnej. W Indonezji dzieci na wycieczkach też uzupełniają karty pracy (w tym momencie Ania serdecznie pozdrawia swoje XIX LO środkowym palcem). Radek w jakiś magiczny sposób potrafił rozpłynąć się w powietrzu gdy widział nadbiegające ubrane w szkolne mundurki niebezpieczeństwo, ale za to Ania w końcu czuła się jak gwiazda filmowa i bardzo chętnie pozowała ze wszystkimi do zdjęć (twierdziła niewinnie, że trzeba dzieciom pomóc dostać piątki… taa… akurat).

Mimo tych przerywników udało nam się jakoś obejrzeć 3 główne świątynie po czym udaliśmy się w dalsze zakątki kompleksu, by tam już w spokoju i ciszy oglądać mniejsze, ale dzięki temu dużo bardziej tajemnicze świątynki. Większość turystów (i wycieczek) ogląda tylko 3 najważniejsze świątynie: Wisznu, Śiwy i Brahmy, a przecież Prambanan ma do zaoferowania dużo więcej! Jeśli chce się odpocząć od zgiełku i rządnych wiedzy i selfie dzieciaków, można spacerem przejść się po całym terenie gdzie znajduje się dużo innych małych świątynek (w tym nie taka znowu mała świątynia Sewu, równie piękna co Prambanan choć oczywiście mniejsza, ale za to puściutka jak sakwa żebraka) w których jeszcze czuć atmosferę i zapach minionych wieków. A kto wie czy któryś z mijanych kamieni to właśnie zaklęta księżniczka?
Powrót jednak szybko sprowadza na ziemię, bo jak wszędzie w turystycznych miejscach trzeba minąć tor przeszkód złożonych z nachalnych naganiaczo-straganiarzy, budki z badziewiem, wózki z jedzeniem, kolejny symulator 4D i mini Zoo (bo przecież unikatowa gigantyczna świątynia z IX wieku to za mało) i lokalsów, którzy też chcą zrobić sobie selfie z białasami – a najchętniej z samym Radkiem, bo nie dość, że jest biały to jeszcze wysoki i łysy – istne wow! Co tam świątynie! Patrzcie na łysego białasa!
Czekając na Anię Radek raz zastygł w bezruchu w oddaleniu od grupowych wycieczek, żeby cieszyć się względnym komfortem. Niestety rychło został wypatrzony przez jedną wycieczkę, która chyba z głośnym śmiechem zastanawiała się czy Radek jest rzeźbą czy żywy. Najodważniejszy z grupy zaczął się skradać, obchodząc Radka delikatnym łukiem, żeby dokładnie mu się przyjrzeć, cały czas głośno komentując do swoich kolegów o tym co widzi. Radkowi udało się zachować nieruchomą pozę i kamienną minę (połączoną z kapeluszem i okularami) więc niepewny chłopak zbliżył się już na ugiętych nogach na jakieś 1,5 metra, kiedy Radek z głośnym Buuuuu! runął na biedną chłopaczynę. Ten uciekał z wrzaskiem i na czworaka tak, że aż się kurzyło, wśród salwy śmiechu swoich towarzyszy. A Radek pierwszy raz tego dnia uśmiechnął się złośliwie pod nosem mamrocząc… maybe shit-selfie together Mister!













