Bali to znowu my!
Postanowiliśmy w pełni wykorzystać fakt, że samoloty na Sulawesi latają z Denpasar i po drodze zatrzymać się ponownie na Bali aby odwiedzić wschodnie wybrzeże. Wpierw musieliśmy się tam jednak jakoś dostać z Gili Meno.
Jak się dostać na Bali z Gili ?
Można wybrać opcję budżetową i za 200k wrócić łodzią najpierw na Lombok, potem autobusem dojechać do portu Lembar, z którego dopiero odpływa prom do Padang Bai na Bali. Wszystko w ramach jednego biletu, z tym że trasa ta zajmuje jakieś 8h… Mając świeżo w pamięci naszą 30h eskapadę z Flores postanowiliśmy poszukać opcji może nieco droższej, ale za to szybszej. Za rejs speedboatem należy spodziewać się wydatku ok. 650k, ale duża konkurencja spowodowała, że są wieczne promocje. Niestety nasza odludna Gili Meno miała do zaoferowania tylko dwie konkurencyjne firmy za odpowiednio 350k i 450k. Czas trwania podróży rzekomo ok.1h, więc bez większego zastanowienia wzięliśmy opcję tańszą. Oznaczało to transfer na sąsiednią Gili Air i podróż na Bali dopiero z tej wyspy. Nieświadomi niebezpieczeństw wsiedliśmy do łódki…

Rejs śmierci
Podczas przeprawy na Air bujało naprawdę mocno, na szczęście rejs jest naprawdę krótki, więc po kilku chwilach mogliśmy przyjrzeć się portowi na wyspie, który dla odmiany miał nawet keje. Od razu w oczy rzuciła nam się dużo większa liczba turystów. Szybko i sprawnie zostaliśmy przejęci przez agenta naszej firmy, który wręczył nam bilety, identyfikatory na szyję i nakazał czekać w portowej poczekalni. Ta ostatnia szybko wypełniła się całym tłumem turystów zmierzających na Bali. Różnorodność identyfikatorów, nalepek i innych biletów pokazała, że konkurencja przewoźników rzeczywiście jest spora – ciekawe czy przepłaciliśmy? Kiedy zbliżała się godzina naszego rejsu nerwowo spoglądaliśmy na dobijające łodzie, ale za każdym razem okazywało się, że to nie nasz przewoźnik. Tłum przerzedzał się stopniowo, aż w porcie zostali tylko ludzie z identyfikatorami identycznymi do naszego. Nerwowość narastała. Pytaliśmy obsługi co się dzieje, ale zawsze w odpowiedzi było jego zdanie, za duże fale i jeszcze jakieś 20 minut. Coś nam zaczęło śmierdzieć… Wszyscy inni jakoś płynęli po tych samych ,,niby” falach i jakoś te kilka łodzi odpłynęło, a naszej dalej brak. Wychodzi na to, że albo nasza to albo jakaś tratwa z mchu i śliny albo nasza załoga to partacze.
W końcu, półtorej godziny po czasie, okazało się, że pierwsza opcja jest bliższa prawdy, kiedy do brzegu przybiła łódź o połowę mniejsza niż pozostałe. Faktycznie dosyć wzburzone morze tak rzucało łodzią przy nabrzeżu, że ciężko było wsiąść, pomimo, że pomagały w tym aż trzy osoby z załogi. Ponadto z pokładu wysiadły dwie kompletnie mokre osoby, oblepione ociekającym wodą ubraniem. Zaczęliśmy podejrzewać, że może ktoś wypadł za burtę i stąd opóźnienie? Wkrótce okazało się jednak, że tak wygląda się po podróży na pokładzie… Niezbyt zachęceni tą perspektywą zajęliśmy suche miejsca w dosyć ciasnej i dusznej kabinie. Nie dziwimy się jednak, że ludzie decydowali się siedzieć na mokrym pokładzie… Aby przybliżyć naszą gehennę należy wyobrazić sobie taki obrazek:
Brak powietrza, mocne kołysanie raz w prawo, raz w lewo, do przodu, do tyłu, kółka, góra, dół i od początku…a wszystko wśród silnego, gryzącego zapachu benzyny, który czuło się aż na ścianie gardła. Ta zabójcza mieszanka paliwa z kolejką górską powoduje, że pasażerowie jeden po drugim wymiękają i sięgają po małe folie torebki, specjalne przygotowane w wiadomym celu… Do zapachu benzyny, przechyłów i duchoty dołączyła więc kolejny bodziec – charczenie zbiorowego wymiotowania.
,,To tylko godzinka” – pocieszaliśmy się. Ale przecież to Indonezja! Nic nie może przebiegać bez opóźnień! Nasz speed boat był taki speed, że ostatecznie płynęliśmy w benzynie i rzygach ponad 3,5h… Nawet Radek, który jest bardzo odporny na niewygody podróży miał kilka momentów zwątpienia, kiedy brak tlenu połączył się z rzygającą jak kot współpasażerką w mix, który zasiał ziarno niepewności w jego brzuchu. Końcówkę podróży Ania też zniosła gorzej, wypatrując się na zmianę w nicość i w przenośne kontenerki na ciekłe odpady organiczne – będzie potrzebna foliówka-bełtka czy nie?
Droga do Tirta Gangga
Na szczęście nie była. A widok portu docelowego Padang Bai przyjęliśmy z taką ulgą, że niemal wybiegliśmy na pomost w poszukiwaniu świeżego powietrza. Niestety nasza radość była chwilowa, bo okazało się, że w całym mieście, a nawet regionie nie działa Grab (klasyk na Bali.) Szybko zostaliśmy otoczeni przez nachalnych taksówkarzy, którzy nie dawali nam przejść spokojnie 2 metrów, a nawet potrafili jechać za nami dobrych parę minut oferując swe usługi i dopytując dokąd idziemy. Wkurzeni, zmęczeni, otwarcie wyklinaliśmy ich po polsku co musiało z boku wyglądać dosyć zabawnie. Szliśmy w kierunku głównej drogi z nadzieją, że tam złapiemy taxę przez aplikację. Niestety ani Grab ani Gojek nie miały kierowców.
A my zdążyliśmy dotrzeć do małego warungu, prowadzonego na oko przez członków mniejszości chińskiej gdzie zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy skazani na wzięcie lokalnej taksówki (kolejny raz pokonani przez Bali.) Po zjedzeniu prostego, ale smacznego posiłku (na który wydaliśmy ostatnią gotówkę) podpytaliśmy gospodarzy o samochód do Tirta Gangga, który to oczywiście natychmiast się znalazł. Widzieliśmy, że autobus do naszego lokum kosztowałby 150k/2os. , ale niestety jest tylko raz dziennie z rana. Uzbrojeni jednak w tą wiedzę rzuciliśmy taką samą kwotę za przejazd, ale w odpowiedzi usłyszeliśmy stawkę 250k i że samochód już jedzie. ,,Ok, najwyżej będziemy targować się z kierowcą”, pomyśleliśmy. Kilka minut później nasi gospodarze przekazali nam, że kierowca zgodził się na 200k (Targowali się za nas! Szok! Wiara w Indonezyjczyków przywrócona!) na co pozytywnie zaskoczeni ochoczo przystaliśmy. Ok 50 PLN za ponad godzinę jazdy prywatnym samochodem, to nie najgorsza stawka, raptem 12 PLN więcej niż autobus.
Tu kilka informacji praktycznych a propos kart Revolut w Indonezji: Przekazaliśmy kierowcy, że nie mamy pieniędzy, więc musimy podjechać do bankomatu, na co on ze zdziwieniem wybałuszył oczy (Jak to białasy nie mają pieniędzy?!) Co najlepsze karty Revolut działają tylko w wybranych bankomatach w Indonezji, z doświadczenia problemów nie mieliśmy w: BCA, Link i Mandiri. Za to nie działają dużo bardziej popularne Bri i Bni. Szczęśliwie na mapie znaleźliśmy odpowiednią maszynę Mandiri i bez dalszych przygód dotarliśmy do naszego noclegu położonego dosłownie naprzeciwko wodnego ogrodu Tirta Gangga.
Z nazwy homestay okazał się bardziej hostelem, za to miał swój warung, leżał tuż przy głównej atrakcji, kilka metrów od przystanku autobusowego, a otoczony był przez pola ryżowe. W szerokiej ofercie miał spacery z przewodnikiem po okolicy, rowery, śniadanie w cenie i oczywiście skuter na wynajem.
Co robiliśmy na wschodzie Bali?
Coś nam nie poszło przy planowaniu podróży i okazało się, że zamiast jednego dnia na Bali zostaliśmy dwa, ups 😉 Pierwszy dzień mieliśmy od dawna zaplanowany – zobaczenie głównych atrakcji wschodniego wybrzeża, których nie udało nam się zobaczyć poprzednim razem.
Z rana odwiedziliśmy piękny wodny ogród Tirta Gangga – wstęp 30k od osoby. Kompleks pałacowo-ogrodowy zostł zbudowany w latach 40′ XX wieku (nie jest to więc żadna starożytność;) ) jako siediba władcy regionu. Ogród sam w sobie jest niewielki, ale ma wiele romantycznych zakątków. Ścieżki z kamiennych bloków zatopionych w stawach, wszędzie poustawiane hinduistyczne rzeźby, urokliwe mostki, fontanny i pięknie zagospodarowaną zieleń. W połączeniu z pięknym tłem w postaci pól ryżowych z jednej, a dżungli z drugiej strony, ogród kusił do siedzenia tam więcej niż kilka chwil i prawie ulegliśmy tej pokusie, ale harmonogram mieliśmy napięty więc musieliśmy ruszać dalej.
Naszym następnym przystankiem była świątynia Pura Lempuyang Luhur, w której znajduje się słynna ,,brama do nieba” stanowiąca imponujące tło setek zdjęć na Instagramie. Na miejscu okazało się, że tytułowa świątynia tak naprawdę jest połączona ścieżkami z pobliska górą i całość tworzy kompleks dziewięciu świątyń ukrytych wśród dżungli, które odwiedza się pieszo w formie swoistej pielgrzymki. Wstęp do świątyni jest za co łaska, więc ubożsi o 30k rupii weszliśmy na teren świątyni. Okazało się, że mimo niskiego sezonu już o 11:00 rano napotkaliśmy kilkunastometrową kolejkę chętnych do wykonania zdjęcia w bramie do nieba…
Rozczarowani szybko postanowiliśmy, że idziemy odwiedzić wszystkie dziewięć świątyń, co stanowi nie lada wyzwanie, bo piesza wędrówka zajmuje według przewodników ok. czterech godzin pod górę…po stromych schodach.
Co to dla nas!

Dodatkową atrakcją są żyjące na stoku góry makaki, które baraszkują na ścieżce pod nogami pielgrzymów – i jak się przekonaliśmy nie krępuje ich ludzka obecność;)

Ruszyliśmy żwawo, ale energiczne przebieranie kończynami bardzo szybko przybrało jednak formę zasapanego szurania nogami i stękania. Jako, że w planie dnia mieliśmy jeszcze jedną atrakcje do której trzeba było dojechać, Radek narzucił szybkie tempo i nie pozwalał Ani odpoczywać, nabijając się przy tym pod nosem z małpeczek bez kondycji (ha, ha, ha…)
Słyszana z oddali muzyka i śpiew wśród drzew działa na wyobraźnię, co to za tajemnicze obrzędy się tam odbywają, dodatkowo napędzała więc nas do marszu, żeby zdążyć podejrzeć ceremonię zanim się skończy. Podejrzeć, to słowo klucz, bo jak we wszystkich świątyniach hinduistycznych na Bali wstęp mają tylko wierzący w celu modlitwy. Turyści mogą wykonać tylko szybki fotki zza bramy lub nad murami otaczającymi właściwą świątynię. Pierwsze napotkane świątynie były bardzo skromne do tego w remoncie. Ale wszystko rekompensowała sama droga. Schody w dżungli pnące się raz w górę, raz w dół, mijani co jakiś czas uśmiechnięci Balijczycy w tradycyjnych strojach, za każdym zakrętem nowy widok i spektakularne panoramy.
Pełni podekscytowania w końcu dotarliśmy do świątyni, z której dobywał się śpiew połączony z odgłosami dzwonków, instrumentów i gwaru. Po wpięciu się po stopniach prowadzących do świątyni okazało się… że dźwięk jest nagrany, leci z głośników, a w samej świątyni modli się raptem kilka osób. Oszukani po raz kolejny.
Nie oznacza to jednak, że się poddaliśmy! Ruszyliśmy dziarsko po kolejnych schodach jako cel obierając szczyt góry – ostatnią, właściwą świątynię. Po drodze spotkaliśmy młodego Brytyjczyka, którego macochą jest Polka, więc był niedawno w Polsce i znał trochę słów, więc mieliśmy niezły ubaw słuchając jak wygłasza swój repertuar (,,Cześć! Jak się masz?” , ,,Kanapka z szynką”, ,,Wieliczka”). Im bliżej szczytu tym więcej spotkaliśmy również Balijczyków, zmierzających grupami od świątyni do świątyni, niosących ofiary lub zaopatrzenie do coraz częściej występujących straganów. Wszyscy byli uśmiechnięci, pozdrawiali nas machaniem rąk i głośnym hello. Jaka miła odmiana po nachalnych naganiaczach. Kiedy Radek blisko przedostatniej świątyni przystanął zmęczony, jeden z młodych hinduistów złapał go za rękę i powiedział: ,,Dalej bracie! Razem damy radę!” po czym wspólnie wspięli się na szczyt wzniesienia. Był to niemal wzruszający moment. Jako że lokalsi w każdej świątyni się modlili, a my nie mogliśmy nawet do nich wejść co chwilę spotkaliśmy nowe grupy ludzi, ale wszyscy byli równie przyjacielscy i zachęcający, w takiej atmosferze można chodzić po górach. Droga do ostatniej świątyni wiedzie po grani, więc spacer jest całkiem przyjemny. Z uwagi na wysokość upał nie jest taki dokuczliwy, piękne widoki, bujna roślinność i wilgotność, która unosi się w powietrzu delikatną mgiełką.
Wreszcie naszym oczom ukazała się ostatnia świątynia. Niestety nie jest niczym specjalnym, a wysoki mur nie pozwala nawet zajrzeć do środka. Krótka kontemplacja widoków została przerwana przez dwie duże małpy, które wyszły z dżungli tuż za naszymi plecami, więc my zdecydowaliśmy się oddalić zbierając pośpiesznie nasze rzeczy.

Na szczęście droga w dół jest krótsza. Wchodząc wzdłuż trasy wszystkich świątyń robi się pętlę, którą wracając można ominąć. Mimo wszystko wędrówka jakoś nam się dłużyła, ale cały czas utrzymywaliśmy dobre tempo. Ostatecznie całą trasę w obie strony zrobiliśmy w nieco ponad 2,5h (12km!) podczas gdy norma to wspomniane ok.4h. Byliśmy z siebie naprawdę dumni i cali spoceni (#PyszczkiTeam!). Po drodze odwiedziliśmy jeszcze bramę do nieba, niestety kolejka chociaż mniejsza to w dalszym ciągu pokaźna, wiec postanowiliśmy zrezygnować z foci na Insta.
Ruszyliśmy skuterem do pałacu wodnego Taman Ujung.
Pałac wodny leży rzut kamieniem od brzegu morza i stanowi dosyć zwarty kompleks ogrodów z pawilonem mieszkalnym dawnego króla i kilkoma pomniejszymi zabudowaniami. Najłatwiej go sobie wyobrazić przywołując obraz bardziej egzotycznych Łazienek Królewskich w Warszawie. Z resztą miał takie samo przeznaczenie – był to letni pałac ostatnich królów regionu Karangasem.
Nie ma tutaj zatem typowej dla japońskich czy w ogóle azjatyckich ogrodów nieprzewidywalności, chęci zaskoczenia widza przytulnym kącikiem który niespodziewanie wyłania się zza rogu, jaki można znaleźć (nie szukając daleko) w Tirta Gangga. Napotykamy tutaj przystrzyżone trawniki, starannie i jak od linijki posadzone drzewka i małe ozdobne pawilony położone na wyspach pośrodku prostokątnych stawów.
Ania była bardzo ukontentowana niespiesznie spacerując alejkami i podziwiając tłuste ryby pomału sunące wodami geometrycznych zbiorników. Radkowi dużo bliższe są klimaty tajemniczego ogrodu pełnego pozornie dzikich i niezbadanych zakamarków, dlatego park nieco go rozczarował, nie na tyle jednak żeby żałować 50k rupii od osoby za wstęp. Z resztą poprawiał sobie nastrój nabijając się z Ani pozowania do zdjęć…

I
Powinniśmy mieć koszulkę z takim napisem. Kiedy przybyliśmy do naszego hostelu przywitał nas mały, zasuszony i żylasty dziadek, który jak sądziliśmy jest z rodziny będącej właścicielami przybytku. Później okazało się, że jest on tylko pracownikiem, ale za pracuje tam już ponad 30 lat! Fakt ten zniszczył całą naszą misterną historię, która zdążyliśmy sobie wymyślić łącząc pozornie niezwiązane fakty i na własnym przykładzie udowadniając, że nie ma czegoś takiego jak obiektywna rzeczywistość, wszystko co wydaje nam się, że widzimy jest efektem przepuszczania informacji przez filtr naszego mózgu. Ten ostatni lubi proste konstrukty przyczynowo-skutkowe i tak w naszej wyobraźni dziadek stał się głową rodu władającą nieruchomością, a nie zwykłym cieciem-przewodnikiem.
Okazało się bowiem, że oprócz świetnej lokalizacji nasz hostel oferuje także wycieczki po polach ryżowych – takie zwykłe szlajanie się po polach i wiochach. Strzał w dziesiątkę! Dziadunio pokazał nam nawet zdjęcia sprzed kilku dni, gdzie oprowadzał dwie Polki na trwającej ok.3 godzin wycieczce. Postanowiliśmy pójść w ich ślady. O 7.45 rano wyruszyliśmy z miejsca noclegu, by po kilkudziesięciu metrach skręcić na kanał melioracyjny nawadniający pola.

To mega praktyczne rozwiązanie, bo brzegi kanału są wybetonowane, tworząc wygodne ścieżki prowadzące przez niesamowicie zielone pola. Liczne tamy, zawory i uskoki pozwalają na odprowadzenie wody na pobliskie pola, a jednocześnie kanałem cały czas płynie całkiem wartki strumień wody, którą miejscowi wykorzystują także do prania. Co niestety widać, bo co i rusz mijaliśmy porzucone saszetki po proszku do prania. W ogóle Bali pomimo swojego piękna krajobrazu z naszego doświadczenia okazało się najbardziej zaśmieconą wyspą na jakiej byliśmy. Sterty odpadków ciągną się wzdłuż dróg i kanałów, tworzą hałdy za domami i niedaleko sklepów i świątyń. O ile naturalne resztki po ofiarach składanych obficie w codziennym rytuale ulegną rozkładowi, tak setki butelek i plastikowych opakowań już nie bardzo. Nawet nasz dziadek-przewodnik wyrzucił bez skrępowania opakowanie po leku do rowu, a napotkaną na ziemi saszetkę po proszku do kanału… Na pytanie czemu to zrobił wzruszył tylko ramionami i prostolinijnie odpowiedział :,,Przecież to nie jest woda do picia”. Aha, czyli można ją bezkarnie zaśmiecać… takie podejście należy przemnożyć przez liczbę mieszkańców Bali i mamy odpowiedzieć dlaczego środowisko wygląda tak, a nie inaczej. Ania miała ochotę mu przywalić.
Na szczęście pośrodku pól śmieci było niezbyt wiele, dlatego mogliśmy cieszyć oko niesamowitymi widokami – pięknymi w swej prostocie. Do tej pory pola oglądaliśmy tylko z boku, gdyż rolnicy raczej nieprzychylnie patrzą na turystów, nawet stawiają znaki z zakazem wejścia. Dlatego po raz pierwszy mogliśmy bez skrępowania zagłębić się w rozległe połacie zieleni, które nawet z daleka nie tworzą jednolitego wzoru. Ścieżki i równocześnie wały oddzielające poszczególne pola tworzą istny labirynt, dlatego tym wygodniej jest przechadzać się wzdłuż kanałów.
Dowiedzieliśmy się, że ryż upodobały sobie nieduże, ale żarłoczne ptaszki, które lokalni rolnicy muszą przeganiać codziennie między 4 a 11 rano. Praca na etat przy odstraszaniu ptaków. Z tego powodu niektóre pola w całości pokryte są siatkami, tłumaczy to też liczne budki rozsiane co kilkadziesiąt metrów, często połączone pajęczą siecią sznurków, którymi rolnicy w ruch wprawiają wiszące strachy na wróble.

A miało być tak pięknie
Wycieczkę zakończyliśmy zmachani, ale szczęśliwi (prawie 4 h intensywnego marszu w upale – my ledwo daliśmy radę, a nasz 78 letni przewodnik szedł dziarsko i z uśmiechem na ustach!) Niestety na koniec wkradła się jednak fałszywa nuta, kiedy nasz dziadek chciał nas naciągnąć na taksówkę (a jeszcze wcześniej naciągnął nas na lunch)… Właściwie postawił nas przed faktem dokonanym, że gdzieś samochód na nas czeka. Nie po to płacimy za pieszą wycieczkę żeby wracać samochodem i jeszcze kolejny raz płacić! Nasza asertywność szybko spacyfikowała jego chciwe zapędy i o samochodzie już więcej nie było mowy, ale niesmak pozostał. Przestał być ,,naszym dziadkiem”, a stał się kolejnym cwaniakiem. To takie przykre, że naprawdę nikomu nie wolno ufać, a sielski spokój wśród pól prysł jak bańka mydlana.
Ostatnie popołudnie na Bali spędziliśmy więc odpoczywając i nie wychodząc z pokoju (po pierwsze zakwasy na nogach po wspinaczce na Pura Lempuyang dały się we znaki, a po drugie nie damy się znowu doić kolejnym naciągaczom) i uzbierawszy siły ruszyliśmy następnego dnia autobusem do Denpasar (150k/os.) a stamtąd samolotem na dzikie Sulawesi.
Coś nam jednak w sercu podpowiada, że na Bali jeszcze nie raz wrócimy! Do trzech razy sztuka, jak to mówią.




























