Tajlandia
Bangkok
2019-01-03
Poza szlakiem w Bangkoku
Czytając przewodniki i większość blogów podróżniczych napotyka się wciąż te same atrakcje i wskazówki co odwiedzić. My jednak cenimy sobie miejsca niszowe, gdzie można poznać miasto od nietypowej strony, dać się zaskoczyć, zaintrygować, rozbawić, a nawet czasem zniesmaczyć… Po popularnych miejscach w Bangkoku czas na relację z 5 niszowych miejsc w Bangkoku, które urzekły nas swoją…hmm… unikatowością ;)
Ale czy niszowe zawsze jest lepsze niż popularne?
Płody, płody, płody - wrzucam Was do wody… *
…albo formaliny. Nieodłącznym elementem każdej podróży, szczególnie tej w stylu wolnego podróżowania, dosłownie i w przenośni, są długie godziny spędzone na oczekiwaniu: na odlot samolotu, aż pociąg dotrze do stacji docelowej, aż za zakrętem wyłoni się wreszcie cel naszej wędrówki. Tam gdzie oczekiwanie połączone jest z bezproduktywnym siedzeniem staramy się jakoś zapełnić mijające godziny i (o ile nie jesteśmy zjebani jak koń po westernie) czytamy książki. Miłą cechą czytników ebook jest to, że w odróżnieniu od papierowej wersji, ebooka mogą czytać dwie osoby na raz. Tak też się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie przeczytaliśmy ,,Bieguni" pióra Olgi Tokarczuk i byliśmy pod dużym wrażeniem tej książki. Jednym z głównych motywów jest plastynacja, czyli zakonserwowanie ciała ludzkiego w formie eksponatu zanurzonego w specjalnie przygotowanym roztworze. Dlatego, kiedy dowiedzieliśmy się, że w Bangkoku znajduje się stałe muzeum poświęcone anatomii, kryminologii i deformacjom ciała czyli Siriraj Medical Museum, nie mogliśmy przepuścić takiej okazji.
Samo muzeum znajduje się na terenie nadal funkcjonującego szpitala i szkoły medycznej, co dodatkowo potęguję specyficzny nastrój zwiedzania, kiedy wizyta poprzedzona jest widokiem tłumów ludzi w białych kitlach i okraszona specyficznym szpitalnym zapachem. Co odbywa się za murami gmachów zewsząd otaczających zwiedzającego, gdzie tak pędzi cały ten personel medyczny, czy dalej gdzieś w zaciszu piwnicznych gabinetów ludzkie ciała są nasączane roztworami i krojone do ekspozycji? Tego nie wiemy, ale udało nam się odwiedzić samą wystawę. Ania już wcześniej miała okazję być na słynnej wystawie Body Exhibition, natomiast dla Radka była to pierwsza tego typu konfrontacja z ludzką fizjonomią eksponowaną w postaci… słojów i przekrojów. Bez wątpienia największe wrażenie na nas zrobiła duża liczba lepiej lub gorzej zakonserwowanych ludzkich płodów z różnymi wadami rozwojowymi. Niewykształcone organy, zapadnięta głowa, jelita poza ciałem, zrośnięte bliźnięta… można tam było znaleźć wszystko. Niestety podpisy są tylko w języku tajskim, ale można wypożyczyć przewodnik audio po angielsku. Szkoda, że dowiedzieliśmy się o tym po fakcie… Na szczęście tłumacz Google nawet nieźle sobie radził z tłumaczeniem ze zdjęcia, więc z grubsza zawsze wiedzieliśmy co oglądamy, a jako, że w muzeum nie wolno robić zdjęć, fakt że co chwila robiliśmy ukradkiem fotki podpisów sprawiał, że czuliśmy się jak partyzanci (raz nawet przyczepił się do nas strażnik).
W kolejnych salach było już tylko lepiej. Bogata kolekcja deformacji, nowotworów, ran ciętych, kłutych i zmasakrowanych ciał, a nawet kilka… mumii, prezentujących zasuszonych morderców i gwałcicieli. Wystawa osobliwości niczym z horroru, dzieło szalonego medyka z obsesją na punkcie niedoskonałości, którą trzeba zakonserwować i wystawić na widok djangozny. Nie da się zaprzeczyć, że ciała pocięte w zgrabne plasterki, prezentujące przekrój ludzkich organów na różnej wysokości z pewnością mają duży walor edukacyjny dla przyszłych medyków, ale i w nas budził nieco niezdrową fascynację. Można docenić kunszt precyzyjnie zaprojektowanej, biologicznej maszyny jaką jest ludzkie ciało i z bliska podejrzeć, co właściwie znajduje się tuż pod wierzchnią warstwą "pojazdu", którym nasz mózg podróżuje przez życie. Po zwiedzaniu monumentalnych świątyń jest to na pewno wrażenie odmiennego typu, które budzi raczej skrajne odczucia.
Od strony praktycznej za 200 bathów (niemal 25 zł) dostajemy wstęp do 5 galerii/sal zlokalizowanych w dwóch oddzielnych budynkach. Tematyka jest różna i generalnie nierówna (np. marna wystawa o pasożytach), ale dla tych, którzy nie mieli okazji być studentami medycyny albo poszukiwaczy mocnych wrażeń, spoza głównej listy atrakcji - z pewnością interesująca pozycja.
Zdjęć nie można było robić, więc poniższe wzięliśmy ze strony https://theculturetrip.com/asia/thailand/articles/everything-you-need-to-know-about-the-death-museum/ autorką zdjęcia jest Kelly Iverson.

Żeby konar zapłonął
Jako, że nie przepadamy za tłumami (co nie ma nic wspólnego ze snobizmem - po prostu tłum ludzi nas męczy - a już tłum azjatycki to specyficzny gatunek) często w trakcie podróży snujemy się bez celu, lub też w Internecie wyszukujemy mało znane, a ciekawe miejsca, które możemy odwiedzić w pobliżu. Właśnie tak dowiedzieliśmy się o małej kapliczce poświęconej… penisom.
Już dawno odbyliśmy interesującą rozmowę, w trakcie której doszliśmy do wniosku, że nie wiemy czemu żeńskie genitalia w historii dziejów stały się synonimem słabości. Przez wieki doświadczające krwawienia, rozciąganie, porody, okaleczanie i brak szacunku, a mimo to znoszące to z dystyngowaną godnością. Podczas gdy wystarczy jeden kop w jaja, żeby unaocznić, która płeć jest tak naprawdę słabą płcią - w sensie dosłownej konstrukcji fizjologicznej. Chyba tylko wieki patriarchatu i fakt, że to na mężczyźnie ciąży większa presja, żeby nomen omen stanął na wysokości zadania, sprawiły, że to właśnie penis w wielu kulturach jest symbolem płodności. I choć najbardziej znane świątynie fallusów znajdują się w Japonii, to i w Tajlandii możemy natknąć się na obiekty kultu gloryfikujące męskie przyrodzenie, a my postanowiliśmy odszukać jeden z nich.
Dodajmy od razu, że nie było to łatwe zadanie. Kapliczki Chao Mae Tuptim nie ma na mapach Google. Trzeba przeczesać kilka blogów i ustalić jej przybliżoną lokalizację. Znajduje się ona również na mapach w aplikacji maps.me, ale kiedy tam dotarliśmy - okazało się, że obecnie jest to wielki plac budowy. Po wykonaniu kilku okrążeń po okolicy w końcu zaczęliśmy pytać miejscowych o drogę. Niestety i to nie bardzo pomogło - najwyraźniej lubimy powtarzać te same błędy. Kierowani zdjęciami z internetu szukaliśmy pokaźnej kapliczki otaczającej duże drzewo. Okazało się jednak, że kapliczka znajdowała się w miejscu budowy, więc została przeniesiona. Obecnie jest to bardzo niepozorne miejsce, które minęliśmy kilkukrotnie bez świadomości, że to właśnie tego miejsca szukamy. Owszem, znajduje się tam kolekcja mniejszych i większych drewnianych i kamiennych penisów, niemniej jednak dużo skromniejsza niż to co widzieliśmy na zdjęciach.

Sytuacje nieco podratował fakt, że w trakcie poszukiwań natknęliśmy się na wesele, gdzie państwo młodzi i duża część gości odziani było w tradycyjne tajskie stroje. Przez chwilę rozważaliśmy wkradnięcie się na przyjęcie, co jest jednym z marzeń, ale kontrast między ciuchami naszymi, a resztą gości byłby zbyt duży.

Ostatecznie samą kapliczką byliśmy nieco rozczarowani. Oczekiwaliśmy po cichu świątyni kultu wyprężonych penisów, a zastaliśmy co najwyżej ołtarzyk smętnych pindolków. Nie przeszkodziło nam to jednak pomiziać kilku fallusów na szczęście, albowiem w kulturze tajskiej to symbol nie tylko płodności, ale też pomyślności w pieniądzach. Dlatego też kapliczkę odwiedzają zarówno kobiety jak i mężczyźni, a dyskretną figurkę penisa można nieraz zobaczyć przy sklepowych kasach.
Kolorowych jarmarków - street art
W swoim szwendaniu się po mieście lubimy być zaskakiwani. Czasem przez urok codziennego życia lokalnych mieszkańców, czasem przez jakieś kuriozalne spostrzeżenie czy dziwne zwyczaje, a niekiedy przez nietypowo umiejscowioną sztukę. I choć najbardziej lubimy kiedy mural lub jakąś inną forma wyłoni się niespodziewanie to nie pogardzimy też sekcją miasta specjalnie zaadaptowaną na potrzeby sztuki ulicznej. Podoba nam się mur wyścigów w Warszawie, dzielnica sztuki w Yogyakarcie czy w końcu mur graffiti w Bangkoku. A ten ostatni jest dosyć niepozorny, bo w trakcie dnia uliczkę na której się znajduje szczelnie zakrywa bazar. Sami dopiero po ładnych kilkudziesięciu metrach zorientowaliśmy się, że jesteśmy na miejscu kiedy udało nam się wypatrzyć grafikę w przerwie między dwoma straganami. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pojawiliśmy się tam w momencie kiedy market kończył swoją działalność, więc niebawem mogliśmy podziwiać graffiti w pełnej krasie. Lubimy spoglądać na świat i sztukę oczami lokalnych artystów, którzy wszędzie nieco się różnią swoim postrzeganiem rzeczywistości. Pazura malunkom dodawał fakt, że uliczka położona jest w dzielnicy, w której dla kontrastu dominują luksusowe sklepy jubilerskie. Poniżej możecie znaleźć próbkę prezentująca bangkoska sztukę uliczna, zarówno z wspomnianego muru, jak również z innych części miasta.




Bang Kachao
Nawet zasmogowany Bangkok ma swoje zielone płuca - jest nimi dzielnica Bang Krachao gdzie wybraliśmy się zwiedzić park - ogród botaniczny, pospacerować po prawdziwej dżungli w środku miasta, a przede wszystkim odwiedzić jeden z mniej turystycznych (a zatem obleganych) pływających marketów - Bang Nam Phueng. Wyprawa okazała się czasochłonna, bo od centrum jedzie się tam prawie godzinę, a żeby załapać się na targ trzeba było wstać wcześnie rano. Do tego targ działa tylko w weekendy, ale na szczęście wynagrodził nam niedogodności swoim bogactwem kolorów, zapachów i smaków!




Niestety pływający jest tylko z nazwy… Cała dzielnica Bang Krachao leży na mokradłach, więc samo spacerowanie po niej jest fajne, bo chodzi się po niej po betonowych mostkach nad kanałami. Ale łódkę z towarami widzieliśmy tylko jedną… Market okazał się zwyczajnym bazarem ,,na stałym lądzie" (czyli na betonowych platformach) i chociaż kręcenie się po alejkach sprawiło nam dużo frajdy, lekkie uczucie zawodu pozostało…


Warto jednak wybrać się do Bang Kachao, bo porastająca wyspę dżungla przyprawia o dreszczyk grozy, zwłaszcza jak przejścia na mostkach zatarasowane są pajęczynami z wielkimi lokatorami o złowrogim wyglądzie. Parokrotnie musieliśmy przechodzić pochyleni pod egzotycznymi pająkami z duszą na ramieniu - na szczęście nie wydawały się być nami zainteresowane. Otaczające ścieżko-mostki mokradła aż się proszą o wystające z wody głowy krokodyli i Jennifer Lopez w nowej części Anacondy. Przechadzając się wśród dżungli aż trudno uwierzyć, że jest się w środku 12 milionowej metropolii. Z rzadka mijane domy na palach ukryte wśród drzew przypominają raczej jakąś zaginioną osadę niż zwykłą kolonię mieszkańców stolicy wielkiego państwa.




Powiem cywilizacji poczuliśmy w parku, gdzie zamiast mostków i bagien zastaliśmy przystrzyżone trawniki, podpisane tabliczkami drzewa, szerokie ścieżki i malownicze sadzawki. Park jest popularnym miejscem rowery h wycieczek, my jednak zwiedziliśmy go klasycznie - na piechotę. Po drodze wpadliśmy na piwo do jakże ekskluzywnej knajpy, oznaczonej na mapach Google jako "restauracja" jakże ekskluzywna... ;)


Art in Paradise
Podobno ,,w wigilię wszyscy dziećmi stają się" więc czemu nie pozwolić sobie na odrobinę wygłupów? W jednym z centrów handlowych w Bangkoku znajduje się interaktywna wystawa sztuki iluzji gdzie poszliśmy przed wigilijną kolacją nastawieni, że będzie tam pewnie kilka kreatywnych ekspontaów- instalacji i zrobimy kilka zdjęć. Ku naszemu zaskoczeniu i zajaraniu teł wykorzystujących iluzje optyczna jest mnóstwo! Spędziliśmy tam ładnych parę godzin robiąc setki śmiesznych zdjęć. Wystawa ciągnie się przez kilka olbrzymich sal i za każdym razem gdy myśleliśmy, że to już koniec okazywała się czeka na nas jeszcze więcej atrakcji i nowych pomysłów na foty. Obrazy są tym ciekawsze, że ożywają po zainstalowaniu specjalnej aplikacji, którą instaluje się przed wejściem. Dzięki niej oprócz zdjęć można kręcić również filmiki z bohaterami malowideł. Wcielanie się w różne role i wymyślanie jak wykorzystać daną iluzję było świetną zabawą. Co prawda dosyć kosztowną bo bilet wstępu kosztował ok. 40 zł/os., ale w końcu mieliśmy gwiazdkę, nie?




Bangkok ma jeszcze wiele do odkrycia, nie wyczerpaliśmy jeszcze listy mniej popularnych miejscówek, ani nawet tych z pierwszych stron przewodników. Na szczęście będzie jeszcze nie raz na naszej trasie, więc na pewno nie raz nas jeszcze zaskoczy (albo oszuka jak to ma w zwyczaju).
Tymczasem czeka na nas Birma/Myanma i jej złote pagody…
*Przepraszamy, nie mogliśmy się powstrzymać! Dla niewtajemniczonych: cytat pochodzi z niezbyt ambitnej (i dosyć obleśnej) piosenki Nagłego Ataku Spawacza. Ach te czasy gimnazjum… łezka się w oku kręci…