2019-11-23

Pejzaże Yangshuo

 

Skarb narodowy

Cały region Guilin usiany jest malowniczymi górami, rozciągającymi się na obszarze kilkaset kilometrów między krętymi rzekami. Uważany jest za perłę chińskiej turystyki nie tylko ze względu na naturalne piękno, ale również bogactwo historycznych i kulturowych skarbów. Okolice Guilin zamieszkuje aż 11 mniejszości etnicznych, a początki osadnictwa sięgają ponad 2000 lat wstecz! Czyni to tę prefekturę nie tylko pięknym, ale i jednym z najciekawszych miejsc w kraju. Parków krajobrazowych, punktów widokowych, urokliwych wioseczek, jaskiń i nietypowych formacji skalanych jest tak wiele, że nawet przy dłuższym pobycie nie da się zobaczyć wszystkiego. My zdecydowaliśmy się więc tylko na okolice miasteczka Yangshuo, które są podobno kwintesencją Guilin.

O ile nie całych Chin, bowiem tutejszy pejzaż uznano nawet za skarb narodowy i symbol chińskiej natury, więc umieszczono go na… banknocie 20-juanowym!

Przyjechaliśmy zatem do Yangshuo z tarasów Grzbietu Smoka Longsheng gotowi przyjąć kolejną dawkę zachwycających krajobrazów. Między miejscowościami kursuje bezpośredni autobus, który zatrzymuje się też w mieście Guilin - koszt 55 juanów/os. W poszukiwaniu taniej kwatery w spokojniejszej okolicy, zdecydowaliśmy się zamieszkać na skraju miasteczka, w fajnym hostelu Mountain Stream Inn Yangshuo (62 juany za parę, w pokoju z klimatyzacją i prywatną łazienką), gdzie przywitał nas nie tylko widok osławionych krasowych wzgórz, ale i... maskotka hostelu w postaci gigantycznego żółwia! Hostelowy pupil pałętał nam się pod nogami (o wiele szybciej niżbyśmy się spodziewali) kiedy piliśmy powitalnego shota z wódki z zatopionym wężem i stanęliśmy przed ważnym pytaniem… Co tu właściwie można robić? 

Bardzo sobie chwalimy pobyt w żółwiowym hostelu, a zwłaszcza okoliczne knajpki z domowym, chińskim jedzeniem. 

 

Zwiedzanie Yangshuo

Szalone tempo rozwoju Chin nie ominęło infrastruktury turystycznej. Wagony juanów pompowane są w takie przystosowanie atrakcji, aby widoki móc podziwiać nie tylko wygodnie, ale i sprawnie. Dzięki temu cała okolica Yangshuo jest przygotowana pod wymogi licznie odwiedzających region turystów, przede wszystkim rzesze lokalsów. Zarówno tych leniwych (region oferuje wycieczki busem, statkiem, a nawet helikopterem!) jak i bardziej aktywnych (wytyczono szlaki rowerowe i trekkingowe). W całej okolicy jest mnóstwo punktów widokowych, a niemal każda formacja skalna czy wzgórze ma swoją, najczęściej szalenie wymyślną nazwę (o upodobaniu Chińczyków do poetyckich nazw pisaliśmy przy okazji Zhangjiajie.) Dla znudzonych widokiem malowniczych skał nie brakuje innych atrakcji, takich jak świątynie, zabytkowe wioski czy parki tematyczne w stylu ogrodu motyli czy skansenów. Samo miasteczko Yangshuo jest znane również ze względu na swój międzynarodowy charakter, w dużej mierze dzięki ulicy West Street. 

West Street to najstarsza ulica w Yangshuo, z ponad tysiącletnią historią! Położona w centrum ulica stała się od lat 80' XX wieku oknem na świat kultury zachodniej oraz największym „centrum języków obcych” w Chinach. Dziś jest atrakcją turystyczną miasta, ponieważ łączy w sobie chińską architekturę z deptakiem w europejskim stylu - pełnym sklepów, restauracji i barów. Wszystkie szyldy i napisy są dwujęzyczne, a na ulicy czy w knajpach częściej usłyszy się język angielski niżeli chiński. Niestety, podobno to co za dnia jest przyjemną, gwarną atmosferą, w nocy zamienia się w disco-łupaninę i pijackie wybryki. Jeżeli tak jak my w środku nocy pragniecie raczej spokoju, a nie dźwięcznych barytonów pijackich tenorów, nieudolnie ryczących do karaoke, zalecamy wybieranie noclegu jak najdalej od West Street… My odwiedziliśmy West Street tylko raz, w dodatku przejazdem i trochę nie rozumiemy jej fenomenu. Deptak wygląda jak najzwyklejszy na świecie komercyjno-turystyczny zakątek, nic specjalnego… ale może była to wina deszczu, który przegnał wtedy całą atmosferę tego miejsca? 

Całe miasteczko Yangshuo jest malowniczo położone pośród krasowych wzgórz. 

Większość ,,sceników" (czyli punktów krajobrazowych) i wiosek położonych jest poza miastem, wzdłuż rzek Lijang i Yulong, więc tamtędy też prowadzą najpopularniejsze trasy zwiedzania. Największym popytem wśród samych Chińczyków cieszą się rejsy łodzią - wiadomka, nie można się przecież przemęczać ;) Niektórzy płyną malowniczą rzeką Lijiang aż z Guilin do Yangshuo (czyli ponad 80 km!) Uwielbiamy widoczki z rzeką i górami w roli głównej, ale nauczeni doświadczeniem z Delty Mekongu, nie aż tak bardzo żeby umierać z nudów na tak długim rejsie… 

Gdzieniegdzie można jeszcze zobaczyć bambusowe tratwy, ale jak dla nas są fajniejsze z brzegu niż z pokładu... 

Ale spokojnie, na miejscu też można wybrać się na wodną wycieczkę - atrakcją w Yangshuo jest bowiem spływ bambusową tratwą po rzece Yulong. Niestety, jak każda główna atrakcja w popularnym turystycznym miejscu, kosztuje to bandyckie pieniądze w postaci 250-300 juanów (do 150zł w przeliczeniu na cebuliony!) Jeżeli dodamy do tego fakt, że tradycyjne bambusowe tratwy zostały zastąpione przez dużo tańsze, ale zarazem bardziej tandetne (i brzydkie) tratwy z tworzyw sztucznych, nietrudno domyślić się, że odpuściliśmy sobie podziwianie panoram z perspektywy rzeki. Zresztą najlepsze widoki na krasowe ostańce i zakola rzek rozciągają się z wysokości. A że łódką na górę raczej nie wpłyniemy (chyba, że płynie z nami Noe), zdecydowaliśmy się na bardziej aktywną i przyziemną formę zwiedzania w postaci… roweru! 

Ania nienawidzi się męczyć, ale dzielnie sobie radziła na rowerwym szlaku 

Szlaków i możliwości zwiedzania do wyboru jest mnóstwo. Nie nawykli do poruszania się na dwóch kółkach za sprawą własnych mięśni, wyznaczyliśmy sobie więc małe cele, aby czuć więcej satysfakcji z wyprawy, a nie twarde siodełko wbijające się nam w głąb rzyci. Dodajmy przy okazji, że w całym regionie sprawność techniczna rowerów ma standard raczej lokalny, nie należy zatem spodziewać się takich tam nieprzydatnych rzeczy jak: sprawne hamulce, niespadające łańcuchy czy niescentrowane koła... Pierwszego dnia pobytu wybraliśmy się na wycieczkę przez miasto i na popularny rowerowy szlak nazwany Dziesięcio Milową Galerią. Trasa ta prowadzi przez liczne lokalne atrakcje i kończy się u podnóża słynnej formacji skalnej Wzgórza Księżycowego (Moon Hill). Następnego dnia (już na skuterze) szukaliśmy pejzażu z 20 juanowego banknotu w pobliżu oddalonej o godzinę jazdy miejscowości Xingping. W tak zwanym międzyczasie najlepiej po prostu poszlajać się między wioskami wzdłuż rzek, co gwarantuje najlepsze widoki i zabawę!

 

Rowerem na księżyc

Rowery wypożyczyliśmy w naszym hostelu (koszt 20 juanów/szt.) i na rozklekotanych góralach ruszyliśmy na południe miasta podziwiać widoki. Dziesięcio Milowa Galeria to malownicza droga rozciągająca się od miasta Yangshuo do Wzgórza Księżycowego (Moon Hill), obfitująca w pagórki, niekończące się pola i… kilka typowo chińskich atrakcji. Na trasie mijaliśmy więc skansen pradawnych plemion, jaskinię smoków, park motyli i starożytne drzewo zakochanych. Niestety wstęp do tych wszystkich miejsc był płatny i to nie mało, bo od 20 do 85 juanów za osobę… Odstarszyły nas też zapełnione po brzegi parkingi, festyniarskie stoiska i tłumy przed bramami, przez co zdecydowaliśmy się jechać do celu bez żadnego przystanku po drodze. Do szczęścia wystarczyły nam wzgórza tworzące naturalne rzeźby na tle nieba, a że trasa jest stosunkowo krótka i w dobrym stanie, zwykła przejażdżka była czystą przyjemnością.

Jedyną atrakcją za którą zdecydowaliśmy się zapłacić, było samo Wzgórze Księżycowe (zarazem najtańsze - 14 juanów/os.) - cel naszej rowerowej wycieczki i koniec Dziesięciomilowej Galerii. Moon Hill to zwieńczona łukiem formacja skalna na szczycie wzgórza, z okrągłym prześwitem przypominającym księżyc w pełni. Pokaźna dziura przeszywająca wzgórze na wylot jest pozostałością po dawnej jaskini. Skałę można oczywiście podziwiać z dołu (wtedy na tle nieba rzeczywiście przypomina tytułowy księżyc), ale prawdziwa atrakcja czeka na szczycie, tuż pod samym łukiem. A jest nią oczywiście wspaniała panorama Yangshuo. 

Najpierw jednak trzeba pokonać kilkaset dosyć stromych schodów i armię nachalnych przekupek, które zrobią wszystko żeby kupić od nich zapas wody. Obrotne Chinki przekonywały nas, że wspinaczka trwa nawet 3 godziny i na pewno umrzemy z wycieńczenia po drodze. Usilnie przekonywani byliśmy, że niezależnie od tego ile wody mamy w swoich plecakach, z pewnością butelka czy dwie więcej to mała cena za uniknięcie zgonu z wysiłku…

Po czym weszliśmy na szczyt w jakieś… 20 minut! Tylko po to by stoczyć kolejny bój, tym razem ze sprzedawczyniami ,,koki" (czyt. Coca-coli), które wciskały nam napój jakby miał nam uratować życie po tej wędrówce… Może dla chińskich turystów to rzeczywiście istny marsz śmierci? Tak po schodach, bez kolejki linowej i windy, jak jakieś zwierzęta…? Niemniej jednak według nas dla takiego widoku warto było się pomęczyć zarówno fizycznie jak i psychicznie... Przy czym rzeczywiście choć trasa jest krótka, to też stroma więc dosyć intensywna. Zlani potem byliśmy już po kilku minutach, dlatego ostatecznie po zakończonej wspinaczce zdecydowaliśmy się na zimne piwo od jednej z naganiaczek (30 juanów/szt.). 

Widok na Yangshuo z punktu widokowego Moon Hill.

Nie był to jednak koniec naszej wyprawy, a zaledwie jej początek. Po pokonaniu Moon Hill, przekupek i Dziesięcio Milowej Galerii ruszyliśmy na północ wzdłuż rzeki Yulong już bez konkretnego celu, po prostu chłonąc mijane krajobrazy. Część rzeki, która rozciąga się od mostu Gongnong nieopodal Moon Hill, do mostu Yulong w mieście Baisha znana jest jako Obszar Sceniczny Rzeki Yulong i obejmuje spektakularne widoki wzdłuż całego brzegu. 

Lokalna legenda głosi, że dawno temu smok znad Morza Wschodniego przelatywał nad rzeką i będąc pod głębokim wrażeniem piękna krajobrazu postanowił pozostać tam na zawsze. Podobno wieśniacy mieszkający w pobliżu brzegu spotykali nowego sąsiada parokrotnie, w efekcie nadano rzece nazwę Yulong  - "Spotkanie Smoka". Podobną historię słyszeliśmy w Fenghuang - zabawne jak Azjaci w poszukiwaniu utwierdzenia własnych przekonań lubią odwoływać się do gustu mitycznych stworzeń… 

Brzeg rzeki i okoliczne pola okazały się tak malownicze, że w ogóle się smokowi nie dziwimy! Trasa wiodła wśród porośniętych skał, bambusowych zagajników, pól ryżowych, kwiatowych grządek i sadów. Wszystko przeplatane scenami z wiejskiego życia mieszkańców: starzy mężczyźni łowiący w rzece, stada kaczek pływające w stawie, pielęgnowanie ogródków, palenie fajek przed domami... Nie spodziwaliśmy się, że w przeludnionych Chinach możliwa jest taka prawdziwa idylla! Momentami mieliśmy deja vu z Ninh Binh, choć przyznać musimy, że Yangshou jest jednak dużo gęściej zaludnione i w zasadzie z trudem można po drodze spotkać pejzaże całkowicie nie tknięte ludzką ręką, co bynajmniej nie odbiera im uroku. 

 

Pejzaż wart 20 juanów 

Następnego dnia wypożyczyliśmy skuter (120 juanów/dzień) zamiast roweru (górę wziął zdrowy rozsądek oraz zakwasy i chociaż ambicja nas nieco bolała to bardziej dokuczliwy był… ból tyłka!) Pojechaliśmy na północ w stronę oddalonego o ok. 30 km zabytkowego miasteczka Xingping. Tym razem jechaliśmy wzdłuż rzeki Lijiang, gdzie też można podziwiać wiele formacji skalnych tworzących "sceniki". Nam najbardziej zależało jednak na odnalezieniu pejzażu z 20 juanowego banknotu aby przekonać się czy rzeczywiście jest tak spektakularny na żywo i czy został wiernie odwzorowany…

Lokalizacja widoku nie jest żadną tajemnicą, jest dokładnie oznaczona zarówno w aplikacji Maps.me, na mapach Googla, a także na każdej turystycznej mapce, jaką zakupić/ dostać można w hostelu. Punkt widokowy znajduje się kilkaset metrów za Xingping i to tuż przy jedynej drodze. Zaskoczyło nas nawet, że nie był jakoś specjalnie oznakowany i wypasiony, jak to lubią organizować Chińczycy… Ot, po prostu zwykła zatoczka przy drodze z barierką od strony rzeki i niedużą tabliczką. Tylko grupa turystów zdradzała, że to miejsce wyjątkowe… i pan przebrany za rybaka, z żywym kormoranem na ramieniu - taki idealny rekwizyt zdjęciowy, bo region Guilin słynął dawniej z tradycyjnych połowów z udziałem kormoranów. Tak jak już pisaliśmy przy okazji Dali  w Chinach powoli zanika ten zwyczaj, ale niestety nadal urządzane są pokazy "sztuki polowania" dla turystów, albo jak w opisywanym przypadku, wykorzystuje się ptaki aby mieć "autentyczne" zdjęcia z regionu… Jako, że staramy się promować świadome podróżowanie, przypominamy, że jakiekolwiek wykorzystywanie zwierząt w branży turystycznej jest nieetyczne. Kormorany powinny być wolne, a nie przywiązane całe dnie do drążka aby turyści mogli sobie robić z nimi zdjęcia. Sam zwyczaj polowania również jest obrzydliwy, bo kormorany od maleńkości są brutalnie tresowane - aby nie połykały schwytanej ryby mają zaciśnięte na szyjach stalowe obręcze…

Po tym jak odczekaliśmy swoje w kolejce do barierki naszym oczom ukazał się osławiony pejzaż i… okazało się, że nie jest specjalnie spektakularny;) Niemniej zabawa w sprawdzanie szczegółów na obrazku całkiem nam się podobała… A Wy ile różnic widzicie?  

Po notafilskim śledztwie udaliśmy się w górę rzeki, znów bez określonego celu, posiłkując się aplikacją Maps.Me aby po prostu podziwiać krajobrazy. Przy okazji zaliczyliśmy nawet mini rejs, za który zapłaciliśmy 40 juanów zamiast 300… Co prawda rejs trwał 5 minut i była to zwykła przeprawa malutkim promem do wioski Lengshui, ale zawsze możemy powiedzieć, że obowiązkowy spływ rzeką Lijiang mamy zaliczony! ;) 

Drogę powrotną pokonaliśmy zatem po zachodnim brzegu, który obfituje w wiele punktów widokowych na skały. Tym atrakcyjniejszych, że trasa prowadzi pod górę więc w końcu mogliśmy podziwiać w pełni panoramy ostańców z malutkimi wioskami ukrytymi między wzgórzami i zakolami rzeki. Cudowne krajobrazy na doliny dostępne były już z drogi, ale na dosłownie baśniowy widok samej rzeki trzeba było dojść na piechotę… tam gdzie mieszkają wróżki. 

 

U krwiożerczych wróżek

Zaintrygowała nas nazwa "Fairy View Point" (Punkt Widokowy Wróżek) w pobliżu formacji skalnej Xianggong Hill (Shan), która jest jednym z najsłynniejszych punktów widokowych. Alternatywna trasa wydawała się jednak tym bardziej kusząca, bo punkt wróżek znajdował się w oddaleniu od głównej drogi, a szlak wyglądał na mało uczęszczany i prowadził między zielonymi szczytami ostańców. W ogóle nie chodziło o to, że Xianggong jest płatny, no co Wy! Postanowiliśmy sprawdzić, czy w miejscu o takiej nazwie kryje się coś magicznego… 

A i owszem, kryło się! Przede wszystkim ledwie widoczna ścieżka, mnóstwo zarośli, upierdliwe insekty, pajęczyny i pod koniec strome podejście po skałach. Znowu władowaliśmy się na trasę gdzie, jak nam się zdawało, nikogo nie było od chyba 100 lat! Trochę zgłupieliśmy jak blisko szczytu dziarskim krokiem wkroczyliśmy na… poletka pomidorów! A jak zobaczyliśmy tabliczkę z ostrzeżeniem o zagrożeniu śmiercią i ją zignorowaliśmy, zdaliśmy sobie z nerwowym śmiechem sprawę, że tak zaczyna się większość horrorów klasy B… i nagłówków lokalnych gazet. Już widzieliśmy to oczami wyobraźni: "Dwójka polskich turystów zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach", "Nierozważni turyści zignorowali klątwę wróżek", "Śmiercionośny widok - kolejni turyści zginęli w Yangshuo", "Ile turystów musi zaginąć by władze samorządowe zrobiły porządek z Punktem Widokowym Wróżek?", "Czy wróżki jedzą ludzi? - Zagadka punktu widokowego w Yangshuo…"  Nakręceni głupawką szliśmy dalej w las, aż dotarliśmy do miejsca, gdzie ścieżka urwała się przy ścianie ze skał i korzeni. 

W Polsce może byśmy nie ignorowali takiej tabliczki, ale tutaj... przygoda każdej chwili szkoda... 

"Pójdę zobaczyć, czy z góry coś widać" - powiedział Radek po czym wspiął się na głazy i zniknął Ani z oczu…

"Pięknie, rozdzieliliśmy się w środku zakazanego lasu… Dokładnie tak jak w tanich horrorach…" - myślała coraz bardziej obsrana Ania, gdy Radek nie wracał dobrych kilkanaście minut, a każdy trzask i szmer z gęstych zarośli przyprawiał ją o gęsią skórkę.

Tymczasem Radek myślał, że punkt widokowy będzie tuż za winklem, a brnął coraz dalej i dalej, niepostrzeżenie zagłębiając się w terytorium wróżek. Za każdym zakrętem spodziewał się panoramy na rzekę, a jedyne co napotykał to kolejne krzaki, stromo nachylone zbocza i urwiska. W końcu zrezygnowany chciał już zawracać (wiedział, że im dłużej go nie ma, tym większa awantura będzie po powrocie), ale coś mu podszepnęło (czyżby wróżka?) żeby iść jeszcze kawałek dalej… I rzeczywiście wysiłek się opłacił - spektakularny widok rozścielił się nagle u jego stóp, a tajemniczym niebezpieczeństwem przed którym ostrzegała tabliczka okazał się… brak barierki. Ach Ci Chińczycy - ,,pogromcy gór"… No, ale pamiętajmy: safty first!  

Radka po powrocie oczywiście czekała awantura od Ani, która już myślała jak zamówić helikopter ratunkowy i w myślach odpowiadała na pytania reporterów: "Dlaczego się Państwo rozdzieliliście, wiedząc że dalsza wędrówka grozi śmiercią?" , "Gdzie i kiedy ostatni raz widziała pani swojego chłopaka?", "Czy wierzy pani we wróżki?" , "Po co w ogóle żeście tam poleźli?" - Na wszystkie pytania odpowiedź brzmi "Nie wiem"… Wiem tylko, że zabiję go jak wróci!

Radek miał jednak to szczęście, że zrobił ładne zdjęcia, które trochę uratowały jego sytuację, ale zszargane nerwy Ani złagodziły dopiero mijane w drodze do hostelu pejzaże… Jak widać Yangshuo może budzić skrajne emocje - a wśród nich nie tylko zachwyt!  

 

Mają rozmach…

Na pożegnanie z Yangshuo postanowiliśmy poszukać dobrego miejsca na zachód słońca. Może byśmy nawet o tym nie wspominali, ale nie dość, że dobra miejscówka z szeroką panoramą, a przy tym niezbyt wysokim podejściem to rzadkość, to jeszcze w dodatku spotkała nas tam kolejna niespodzianka! Oprócz pięknego spektaklu barw i chmur na niebie, mieliśmy obok pokaz konkurencyjny i to już całkiem ludzki… Wybrany przez nas punkt widokowy (koordynaty: 24.775054, 110.510669) okazał się tarasem, gdzie nielegalnie i za darmo można obejrzeć jedną z największych atrakcji Yangshuo - show Immpression on Sanjie Liu. 

Impresja Sanjie Liu to największy na świecie teatr naturalny, który jako scenę wykorzystuje wody rzeki Lijiang, z dwunastoma spowitymi mgłą wzgórzami i niebem jako tło! Woda, skały, światło księżyca oraz wzgórza i ich odbicia w rzece stają się ciągle zmieniającym się rekwizytami. Ciężko w to uwierzyć, ale Chińczycy zaprzęgnęli do pracy w przedstawieniu cały okoliczny krajobraz! Widownia mieści się na naturalnych wyspach rzeki, gdzie siedzi się na specjalnie zaprojektowanych tarasach, w otoczeniu roślin. Nie da się nawet zobaczyć sprzętu dźwiękowego czy oświetleniowego, ponieważ jest on całkowicie wkomponowany w pejzaż… 

Zachód słońca nad Yangshuo z idealnym widokiem na scenę ;)

Przedstawienie zaczyna się o zmroku i opowiada historię legendarnej śpiewaczki Sanjie Liu, która ze względu na swój talent i urodę stała się (nomen omen) wróżką. Jest to gigantyczny musical z udziałem łodzi, pirotechniki, tancerzy i chóru, który sławi miejscowy folklor i tradycyjne piosenki ludu Zhuang, z którego pochodziła Sanjie Liu. Słyszeliśmy o nim wcześniej, ale wiedząc, że bilety są koszmarnie drogie (od 200 do 700 yuanów/os.) i trzeba je rezerwować ze sporym wyprzedzeniem, nie zdecydowaliśmy się na udział. Z tym większą satysfakcją usiedliśmy na przytarganych skądś krzesełkach(!), które zastaliśmy na punkcie widokowym, aby zobaczyć choć kawałek naturalnego teatru. Oczywiście widzieliśmy i słyszeliśmy wszystko z daleka, ale i tak zrobił na nas kolosalne wrażenie. Spektakl podzielony jest na akty, z których każdy charakteryzuje się dominującym kolorem. Zbyt daleko żeby chłonąć szczegóły niczym dzieci wpatrzone w choinkowe światełka patrzyliśmy na mieniący się setkami świateł pokaz. Setki aktorów, pochodni i świateł migotało w rytm odbijających się echem pieśni ludowych. Jakby tego było mało szczęki nam opadły, kiedy w pewnym momencie jako element scenografii zapaliły się… góry! Tak, dobrze przeczytaliście. W ramach przedstawienia kilka wybranych okolicznych gór zostało w całości podświetlonych kolorowymi reflektorami, które migoczą lub zmieniają kolory zgodnie z przebiegiem akcji przedstawienia. Chińczycy naprawdę mają rozmach, fantazję i pieniądze… Uwieczniane od tysiącleci na papierze pejzaże i pieśni, dziś celebrują z rozmachem przy użyciu nowoczesnych technologii. Oni chyba naprawdę uważają Yangshuo za najpiękniejsze miejsce na świecie i tamtego dnia zrozumieliśmy dlaczego… 

Inny spektakl nowoczesności czekał na nas już za rogiem, bo następnego dnia prosto z błogich, zielonych wzgórz jechaliśmy w objęcia największej konurbacji miejskiej świata - do Kantonu (Guangzhou) w Delcie Rzeki Perłowej, gdzie na powierzchni niemal dziesięciokrotnie mniejszej od Polski mieszka… prawie trzykrotnie więcej ludzi (110 mln)! Jak przeżyliśmy tak drastyczną zmianę, damy znać w kolejnym wpisie!

 

 
 
 
 
Gdzie obecnie jesteśmy?
Szukaj po tagu
Obserwuj nas na Instagramie
Polub nas na Facebooku