Though Love

W Bangkoku wylądowaliśmy na parę dni w transferze między Filipinami, a Birmą/Mjanmą. Jako, że jest to doskonały punkt przesiadkowy, wiedzieliśmy, że w trakcie naszej podróży jeszcze nie raz tu zawitamy. Po początkowych upokorzeniach, które Bangkok nam zgotował 3 miesiące temu, podchodziliśmy do niego dosyć nieufnie. Co prawda poprzednio udało nam się nawet trochę zwiedzić i może nawet troszkę polubić, ale o partnerskiej relacji jeszcze nie mogło być mowy. Za bardzo złamał nam serce…

,,You know… trust is like a mirror. You can fix it when it’s broke.

But you can still see a cracks in his f****** reflection”

Anioły jeżdżą skuterami

A jednak sami byliśmy zaskoczeni ulgą jaką poczuliśmy gdy tylko postawiliśmy stopę na tajlandzkiej ziemi. Wszystko takie znane, my tacy ogarnięci i spokojni, nic nie musimy tym razem kombinować. Jednak, żeby nie było zbyt uroczo i zbyt pewnie znów mieliśmy małą przygodę z dotarciem do kwatery (może to już będzie taka tradycja? Taki każdorazowy lep na odmułę?)  Wylądowaliśmy w środku nocy, więc na luzaku, nauczeni poprzednim doświadczeniem, poszliśmy od razu na kolejkę podmiejską żeby dotrzeć do centrum, a dopiero stamtąd taksówkę. I tu pierwszy zonk, bo kolejka po północy nie jeździ, a nie uśmiechało nam się czekać do 4:30 rano na pierwszy kurs… No trudno, trzeba wziąć GRABA i zabulić.

I tu czekał nas drugi zonk – adres naszej kwatery inaczej był zaznaczony w Google, inaczej w aplikacji Grab, a jeszcze inaczej pokazany w ogłoszeniu. Kierowca wysadził nas w ciemnej uliczce i odjechał. Była 1:00 w nocy, a my nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Numery na budynkach nie pokrywały się z mapą i były nie po kolei. Krążyliśmy po labiryncie uliczek, ale za każdym razem gdy myśleliśmy, że jesteśmy na miejscu, okazywał się to ślepy zaułek. Mijane opustoszałe stragany, zamknięte bramy i sklepiki nie nastrajały pozytywnie. Na szczęście jak na środek nocy, na ulicach kręciło się sporo ludzi – tu ktoś szatkował kapustę, tam ktoś mył naczynia, mężczyźni palili papierosy na rogach uliczek, co i rusz w ciemności widzieliśmy zapalony ekran smartfona. Zmęczeni i śpiący sięgnęliśmy po ostatnią deskę ratunku – zdjęcie tabliczki adresu i frontu budynku naszej kwatery. Liczyliśmy, że mieszkańcy rozpoznają miejsce i nas tam zaprowadzą (wiemy, że pytanie lokalsów o drogę może się źle skończyć, ale nie mieliśmy wyboru). Podeszliśmy do młodego chłopaka, stereotypowo zakładając, że może będzie mówił po angielsku, ale on speszony naszą prośbą zawołał z zaplecza jakiegoś magazynu drobnego dziadka. O pięknie, zaczyna się… Dziadek z namysłem obejrzał zdjęcia i łamaną angielszczyzną wydukał tylko: ,,Prosto, w lewo, prosto, w lewo” i zamachał ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.

Byliśmy zgubieni.

Poszliśmy zgodnie z jego machnięciami, ale już po kilkudziesięciu metrach stało się jasne, że to na nic. Było już koło 2:00 w nocy, labirynt nas pochłonął, Bangkok pokonał nas po raz drugi. Już mieliśmy pogrążyć się w rozpaczy i dokonać żywota nad pobliskim kanałkiem, samotnie, w ciemności gdy wtem w odrętwienia wyrwał nas dźwięk nadjeżdżającego skutera. To nasz anioł stróż – pod postacią dziadka spod magazynu – mknął na nasz ratunek. Minął nas i gestem ręki kazał iść za sobą. Jadąc powolutku, czekając na nas przy każdym zakręcie, cierpliwie wyprowadził nas z labiryntu i na głównej ulicy pokazał gdzie mamy iść. Byliśmy uratowani! Jak się okazało, nasza kwatera była w zupełnie innym kwartale ulic, kilka przecznic dalej niż wysadził nas taksówkarz. Gdyby nie Tajski Anioł kręcilibyśmy się po nie tych uliczkach co trzeba, do usranej śmierci.

Mieszczuchy kontratakują

Mieliśmy spędzić w Bangkoku tylko parę dni aby spokojnie wyrobić wizę do Mjanmy na miejscu, gdyby był jakiś problem z opcją online. W ambasadzie Mjanmy na wizę czeka się podobno 2-3 dni i kiedyś opłacało się tam ją zrobić, bo była dużo tańsza od e-wizy. Teraz wiza przez Internet kosztuje prawie tyle samo, więc po się fatygować? Za 50 dolarów, po wypełnieniu formularza, mieliśmy wizę w 1 dzień (wypełniliśmy wniosek w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek rano wiza już była na mailu).

Jednak jak już wspominaliśmy, mimo początkowych trudności i nieufności, dobrze się poczuliśmy w stolicy Tajlandii. Po plażach i polach Indonezji i Filipin tętniąca życiem metropolia była miłą odmianą – chyba odezwała się w nas nasza natura mieszczuchów. Spacerując zatłoczonymi ulicami, wdychając smakowite zapachy (i smog), napawając się kolorami i atmosferą miasta poczuliśmy się jak u siebie. Czujność i napięcie z poprzedniej wizyty gdzieś się ulotniły, dobre humory nas nie opuszczały, a kroki były o wiele pewniejsze niż te stawiane 3 miesiące temu. Chodziliśmy śmiało zarówno w dzień jak i wieczorami eksplorując miasto poza turystycznymi szlakami i smakując lokalne potrawy prosto z ulicznych kotłów. W ciągu tych kilku miesięcy zaszła w nas spora zmiana i właśnie dzięki powtórnej konfrontacji z Bangkokiem mogliśmy ją w pełni dostrzec. 

Bangkok jest tak zatłoczonym miastem, że poruszanie się po nim komunikacją miejską albo taksówkami to starta czasu. Poza tym chłonięcie atmosfery miejsca zza (brudnej) szyby pozbawione jest sensu. Dlatego robiliśmy pieszo długie kilometry dzięki czemu mogliśmy bardziej zaprzyjaźnić się z Bangkokiem, który chyba też w końcu poczuł do nas sympatię i zaczął odkrywać przed nami swoje tajemnice – np. wszechobecne, dorodne koty, które leżą pokotem na chodnikach nic nie robiąc sobie z przechodniów. Każdy sklepik, stragan i dom ma swojego kota lub kilka i w przeciwieństwie do tych oglądanych w innych miejscach Azji, te wyglądają na bardzo zadbane, co nas jako miłośników sierściuchów bardzo cieszyło. Co ciekawe koty w Tajlandii mają króciutkie ogony, ale nie martwcie się – to genetyka, nie sadyzm 😉  

Ciekawym fenomenem, który udało nam się zaobserwować były też ulice tematyczne. Tak jak w średniowiecznych miastach Europy cechy rzemieślnicze zajmowały poszczególne ulice i tam w jednym miejscu sprzedawały swoje towary, tak w Bangkoku mamy to w XXI wieku. Mijaliśmy więc ulice kurierów gdzie na jednej ulicy są wszystkie spedycje, ulicę z narzędziami, ulicę wulkanizacyjną, ulicę jubilerską (ale z rozróżnieniem! – złoto po jednej stronie ulicy, srebro po drugiej), ulicę księgarni, ulice meblarskie… no i oczywiście uliczki jedzeniowe. Chodząc po ulicach mieliśmy więc wiele okazji aby zajrzeć do garkuchni i straganów ze słynnym na cały świat streetfoodem. Kuchnia tajska uchodzi za jedną z najlepszych na świecie i przyznajemy, że rzeczywiście często nos nam sam chodził, a ślina napływała do ust przy niepozornych z wyglądu paleniskach z dosłownie dwoma stoliczkami. Zapach imbiru, czosnku, kolendry i grillowanego mięsa czy owoców morza unosi się nad co drugą ulicą powodując, że cały czas ma się ochotę jeść. I chociaż warunki sanitarne mogą początkowo zniechęcać, apetyt i ciekawość wygrywają z nawykami wyniesionymi z domu. Wcinaliśmy aż nam się uszy trzęsły rozmaite specjały – głównie zupy, bo chociaż tradycja kulinarna Tajlandii jest niezwykle rozbudowana, to na ulicznych straganach można kupić głównie smażony makaron, zupy i mięso na patyku.

Streetfood ma jednak swoje minusy. Oczywiście jedzenie jest pyszne, ale po paru dniach odczuwaliśmy pewien niedosyt wyboru… Na pewno na nasze lekkie uczucie rozczarowania wpływ ma fakt, że Ania nie je mięsa, więc wybór i tak mieliśmy ograniczony. Legendarne niskie ceny też przy bliższym poznaniu okazują się półprawdą. Owszem, można się najeść za 10 zł za dwie osoby, ale zdarzyły się też uliczne knajpy gdzie za obiad płaciliśmy ok. 25 zł, czyli podobnie jak w polskim ,,chińczyku”. Zauważyliśmy też, że tylko w Bangkoku towarzyszyły nam tzw. ,,bulgoty niepokoju” – czyli pewien dyskomfort trawienny sprawiający, że każde wyjście z domu opóźnialiśmy jak się dało ,,tak na wszelki wypadek”… Ponieważ jednak złapaliśmy bangkockiego bakcyla (nie, nie biegunkę) postanowiliśmy spędzić w mieście dłużej i zostać na święta bożego narodzenia. W tej decyzji pomogła nam obecność naszych znajomych z Polski, którzy podobnie jak my, wyruszyli do Azji na paromiesięczną wyprawę i rozpoczęli ją od Tajlandii. Zawsze weselej i raźniej w grupie, a już zwłaszcza w czasie świąt poza domem.

All I Want For Christmas is… pierogi

Już planując naszą podróż zastanawialiśmy się jak będą wyglądały nasze święta. Jakie emocje będą nam towarzyszyły, czy zdołamy poczuć magię świąt będąc tak daleko od domu w kraju gdzie króluje buddyzm, jak odbiorą naszą nieobecność nasi bliscy i my sami.

I tu Bangkok postanowił dać nam coś od siebie miłego, bo ulice, knajpy i sklepy pełne były świątecznych dekoracji. I chociaż choinki były sztuczne i dziwnie komponowały się z palmami i 35 stopniowym upałem, jakoś cieplej nam się zrobiło na sercu. Aby mieć chociaż namiastkę świąt postanowiliśmy wybrać się w wigilię na pierożki (dim sum co prawda, ale co pierogi to pierogi!) Niestety, gdy dotarliśmy na wybranej restauracji były już wyprzedane 🙁 Ania myślała, że się zapłacze, ale byliśmy już tak głodni i było tak późno, że nie było sensu szukać innego miejsca. Pocieszyliśmy się więc innymi smakołykami i życząc sobie Wesołych Świąt spałaszowaliśmy naszą kolację wigilijną pałeczkami, wiedząc że 8000 kilometrów dalej nasze rodziny jeszcze wyjmują ostatnie ciasta z pieca i dopiero pomału szykują stół.

Technologia może być i przekleństwem i błogosławieństwem naszych czasów (chociaż jak pokazuje serial Black Mirror raczej przekleństwem), ale będąc na obczyźnie zdecydowanie doceniliśmy jej możliwości. Dzięki wifi i kamerce mieliśmy lifestreaming z naszych domów rodzinnych, a ekran z naszymi buziami zajmował niemal honorowe miejsce z widokiem na stół i twarze naszych bliskich. Było to niesamowite doświadczenie, dzięki któremu oprócz radości i wzruszenia, poczuliśmy również na własnej skórze, że w dzisiejszych czasach odległość nie ma znaczenia. Oczywiście, to nie to samo co być naprawdę razem, ale jeszcze kilka/kilkanaście lat temu byłoby to nie do pomyślenia żeby się słyszeć i widzieć w czasie rzeczywistym na różnych kontynentach. Te Święta zdecydowanie były dziwne, ale na pewno będą niezapomniane! A my aż do dzisiaj wyobrażamy sobie jak jemy śledziki z chlebem i barszcz z uszkami – jednak są pewne smaki, których żadna fikuśna egzotyczna kuchnia nie zastąpi. Kolejna lekcja pokory i wdzięczności, której udzieliło nam podróżowanie.